Dziś sylwester...
Cieszmy się narody...
Emocje jak na grzybobraniu...
Nie no, żartuję...
Mam nadzieję, że bawicie się przewybornie, ponieważ ja oczywiście :P
W moim pokoju jedzie whisky, potem i smarkaczami, if you know what I mean. :D
W każdym razie życzę wam prosto z serca, aby pikolo wam smakowało, aby w tej nocy złapał was taki skurcz, że popłaczecie się z bólu oraz, tak naprawdę życzę wam, aby ten rok 2015 był rokiem lepszym niż poprzedni. Żeby wam dopisało zdrówko, szczęście, miłość i pieniądze. Tego wam właśnie życzę :D
środa, 31 grudnia 2014
sobota, 27 grudnia 2014
Rozdział 22
-Niech to szlag!- Warknął Ross waląc pięściami w kierownicę, jak na złość o tej godzinie były potworne korki.- Spokojnie, Lau, mam nadzieję, że nie potrwa to długo.- Powiedział zagłębiając się w myśl, jak by tu najszybciej dojechać do szpitala.
-Spokojnie?! Mój tata umiera, a ja mam być spokojna?!- Krzyknęłam na niego, żeby wyładować się emocjonalnie, chociaż wiem, że nie jest on niczemu nie winien.
-Przepraszam.- Westchnął.
-Nie, to ja przepraszam.- Poprawiłam się.- Po prostu jestem zdenerwowana.
-Jasne, rozumiem. W twoim przypadku pewnie zachowałbym się jeszcze gorzej.- Oznajmił, próbując pokazać mi lekki uśmiech, co nawet jemu to nie wychodziło.- Cholera!- Warknął ponownie, kilkakrotnie ciskając w klakson.- Nie możemy tak, to zrobimy to inaczej.- Mruknął jakby sam do siebie i zjechał na przeciwny pas, 3- pasmowej drogi ekspresowej. Z zawrotną prędkością mijał innych kierowców, którzy pędziły w naszą stronę, trzaskając w klakson i prawdopodobnie klnąc na cały regulator.
Nie dziwię im się. Gdyby nie to, że chcę jak najprędzej dojechać do szpitala, już dawno odrąbałabym Rossowi głowę tępym nożem, za łamanie przepisów i stwarzanie masakrycznego zagrożenia sobie i innym ludziom. W końcu Ross znalazł jakiś nieznajomy mu wcześniej zjazd do lasu, gdzie bez wahania skręcił i zwolnił trochę tempo jadąc ścieżką wśród alejek drzew. Tej nocy wszystko wydawało się inne, bardziej jak z horroru. Księżyc w pełni, który świecił na kruczo- czarnym niebie, na którym nie było żadnej gwiazdy oraz te ponad 15 metrowe drzewa, które zdawały się przechylać w naszą stronę. Gdy już stosunkowo, część moich emocji uszła razem z dwutlenkiem węgla i częścią tlenu prosto z mojego układu oddechowego, spoglądałam na szaleńczo rozbijające się na przedniej szybie krople deszczu. Wszystko wydawało się być już bardziej ustatkowane. Inaczej w samochodzie, a inaczej poza nim. Już powoli myślałam, że to wszystko było tylko głupim, zmyślonym przeze mnie koszmarem, z którego, jak zawsze miałam się wybudzić. Jednak uświadomiłam sobie, że ten koszmar dzieje się naprawdę. Stało się to w momencie, gdy ogromne drzewo zwaliło nam się na drogę ledwo 12 m od nas. Jedyne co usłyszałam to donośny pisk opon, dźwięk wgniatającej się w kłodę drzewa maski oraz walenie o kamienie metalowych kołpaków. Po zaledwie tych 2 sekundach film mi się urwał.
Vanessa
Wszyscy siedzieliśmy jak na stypie, oczekując aż z sali wyjdzie lekarz z dobrymi lub nieco gorszymi wieściami. Cisza, niepokój i ciche pochlipywanie mamy, tylko te czynności udawały się naszym organizmom wykonać przed zgonem psychicznym. Każdy już myślał, że zniesie jajka. Na szczęście znalazłam oparcie w Rikerze. On mimo tego, że też był zdołowany niczym zbity pies, potrafił jeszcze mnie podnieść na duchu, szepcząc jakieś czułe słówko.
Po 30 minutach czekania, drzwi się uchyliły, a z pomieszczenia wyszedł już lekko osiwiały lekarz, poprawiając rękawy kitla.
-Z pacjentem wszystko już w porządku, leki zaczęły działać.- Momentalnie uszło z nas całe zalegające w płucach powietrze i zmieszało się ze smrodem antybiotyków.- Pan Marano miał tylko przednie stadium zawału, ale z jego wcześniejszymi problemami z sercem mogło się to skończyć no... Nie za dobrze.- Wytłumaczył uśmiechając się spod jego bujnej, czarnej brody, po czym dodał:- Pacjent jest przytomny. Może go odwiedzić tylko jedna osoba, ale proszę pamiętać, że pacjent jest po dużej dawce leków i jest słaby.- Powiedział i odszedł.
-Dzwońcie do Laury i do księdza, że to fałszywy alarm.
-Dzwoniłaś do księdza?
-Wiesz... Tak na wszelki wypadek.-Odparła mama. Westchnęłam i wyciągnęłam telefon, aby zadzwonić do siostry. Poczta głosowa... Ughhhhh! Jak ja tego nienawidzę!
-Nie odbiera.
-Na pewno wyłączyła telefon.- Powiedziała mama, ciągle mając dobre nadzieje w stosunku do córki.
-Nie mamo, Laura taka nie jest.- Próbowałam dalej dodzwonić się do niej, ponieważ uważałam, że to nie podobne do niej. Znając ją to zaczęła histeryzować na oczach Rossa i czem prędzej go popychała, aby zawiózł ją do ojca. Nawet użyłaby na nim przemocy fizycznej, byleby tylko znaleźć się koło rodziców. W tym wszystkim ją podziwiałam. Potrafiła stanąć w obronie swojej rodziny, nawet za najcięższą cenę, a to ogromny dar, którego nigdy nie udało mi się ukazać z mojej strony. Tak więc wydawało mi się to ogromnie dziwne, że nie dało się do niej dodzwonić.
-Ross też nie odbiera.- No super! I jak tu się nie martwić, co? Może jednak ksiądz będzie jeszcze potrzebny, zanim ja zejdę z tego świata na zawał, albo bezdech w oczekiwaniu na siostrę. Wraz z Rikerem ustaliłam, że mama najpierw pójdzie do taty, a my poczekamy na nasze rodzeństwo. Mama chętnie przystąpiła na ten układ i już po chwili wparowała do sali. Natomiast my poszliśmy do holu głównego, gdzie zamierzyliśmy kupić sobie solidną kawę z automatu niedaleko recepcji.
Riker objął mnie ramieniem i oboje w ciszy sączyliśmy napój kofeinowy z plastikowego kubeczka. Wtem na salę wjechało około 6 lekarzy, pchając na noszach jakieś 2 osoby.
-Mężczyzna 23 lata, kobieta również. Mieli wypadek. Piątka w skali śpiączki Glasgow. Urazy wewnętrze jeszcze nieokreślone.
-Jak mają na imię? Muszę ich wpisać do kartoteki.- Krzyknęła zza blatu jakaś piguła.
-Ross Lynch i Laura Marano.- Riker zszokowany, ocknął się i pobiegł za lekarzami, lecz już po chwili wrócił ze łzami w oczach. Sama zaczęłam płakać i wtuliłam się w jego wątłe ciało.
-Widziałem ich... Lekarze mnie do nich nie dopuścili. - Wydukał przez łzy- Nie chcę znów stracić najmłodszego brata!- Warknął dławiąc się swoimi łzami.
----------------------------------------------------------
Oj zmęczyłam się! Nawet nie wiecie ile kubków herbaty wypiłam pisząc to. Mój 2 miesięczny limit. (nie piję za dużo herbaty)
Ale wam rozdział- porażka zgotowałam na święta, c' nie? Miał być w ramach przeprosin świąteczny OneShot, ale jeszcze się pisze i nie wiadomo, czy się pojawi.
Trochę ciężko mi się piszę o jakieś katastrofie, wolę pisać o czymś weselszym, ale chciałam trochę akcji narobić :D
Jak tam święta? Prezenty, pełne dupy, czy raczej bolące od rózgi? Miałam wam życzenia złożyć, ale tak wyszło, że w tej świątecznej plątaninie, miałam brak internetu, no ale cóż, jeszcze został Sylwester. :D
Mam nadzieję, że rozdział was nie zdołował za bardzo i zostawicie komentarz, bo ostatnio kiepsko z nimi było. Jeśli wam się coś nie podoba walcie w komach, a ja się dostosuje, nawet nie wiecie jakie takie konstruktywne uwagi są potrzebne. :P
Poza tym poznajecie tego pana? Tak, to on śpiewał LAST CHRISTMAS :D :
-Spokojnie?! Mój tata umiera, a ja mam być spokojna?!- Krzyknęłam na niego, żeby wyładować się emocjonalnie, chociaż wiem, że nie jest on niczemu nie winien.
-Przepraszam.- Westchnął.
-Nie, to ja przepraszam.- Poprawiłam się.- Po prostu jestem zdenerwowana.
-Jasne, rozumiem. W twoim przypadku pewnie zachowałbym się jeszcze gorzej.- Oznajmił, próbując pokazać mi lekki uśmiech, co nawet jemu to nie wychodziło.- Cholera!- Warknął ponownie, kilkakrotnie ciskając w klakson.- Nie możemy tak, to zrobimy to inaczej.- Mruknął jakby sam do siebie i zjechał na przeciwny pas, 3- pasmowej drogi ekspresowej. Z zawrotną prędkością mijał innych kierowców, którzy pędziły w naszą stronę, trzaskając w klakson i prawdopodobnie klnąc na cały regulator.
Nie dziwię im się. Gdyby nie to, że chcę jak najprędzej dojechać do szpitala, już dawno odrąbałabym Rossowi głowę tępym nożem, za łamanie przepisów i stwarzanie masakrycznego zagrożenia sobie i innym ludziom. W końcu Ross znalazł jakiś nieznajomy mu wcześniej zjazd do lasu, gdzie bez wahania skręcił i zwolnił trochę tempo jadąc ścieżką wśród alejek drzew. Tej nocy wszystko wydawało się inne, bardziej jak z horroru. Księżyc w pełni, który świecił na kruczo- czarnym niebie, na którym nie było żadnej gwiazdy oraz te ponad 15 metrowe drzewa, które zdawały się przechylać w naszą stronę. Gdy już stosunkowo, część moich emocji uszła razem z dwutlenkiem węgla i częścią tlenu prosto z mojego układu oddechowego, spoglądałam na szaleńczo rozbijające się na przedniej szybie krople deszczu. Wszystko wydawało się być już bardziej ustatkowane. Inaczej w samochodzie, a inaczej poza nim. Już powoli myślałam, że to wszystko było tylko głupim, zmyślonym przeze mnie koszmarem, z którego, jak zawsze miałam się wybudzić. Jednak uświadomiłam sobie, że ten koszmar dzieje się naprawdę. Stało się to w momencie, gdy ogromne drzewo zwaliło nam się na drogę ledwo 12 m od nas. Jedyne co usłyszałam to donośny pisk opon, dźwięk wgniatającej się w kłodę drzewa maski oraz walenie o kamienie metalowych kołpaków. Po zaledwie tych 2 sekundach film mi się urwał.
Vanessa
Wszyscy siedzieliśmy jak na stypie, oczekując aż z sali wyjdzie lekarz z dobrymi lub nieco gorszymi wieściami. Cisza, niepokój i ciche pochlipywanie mamy, tylko te czynności udawały się naszym organizmom wykonać przed zgonem psychicznym. Każdy już myślał, że zniesie jajka. Na szczęście znalazłam oparcie w Rikerze. On mimo tego, że też był zdołowany niczym zbity pies, potrafił jeszcze mnie podnieść na duchu, szepcząc jakieś czułe słówko.
Po 30 minutach czekania, drzwi się uchyliły, a z pomieszczenia wyszedł już lekko osiwiały lekarz, poprawiając rękawy kitla.
-Z pacjentem wszystko już w porządku, leki zaczęły działać.- Momentalnie uszło z nas całe zalegające w płucach powietrze i zmieszało się ze smrodem antybiotyków.- Pan Marano miał tylko przednie stadium zawału, ale z jego wcześniejszymi problemami z sercem mogło się to skończyć no... Nie za dobrze.- Wytłumaczył uśmiechając się spod jego bujnej, czarnej brody, po czym dodał:- Pacjent jest przytomny. Może go odwiedzić tylko jedna osoba, ale proszę pamiętać, że pacjent jest po dużej dawce leków i jest słaby.- Powiedział i odszedł.
-Dzwońcie do Laury i do księdza, że to fałszywy alarm.
-Dzwoniłaś do księdza?
-Wiesz... Tak na wszelki wypadek.-Odparła mama. Westchnęłam i wyciągnęłam telefon, aby zadzwonić do siostry. Poczta głosowa... Ughhhhh! Jak ja tego nienawidzę!
-Nie odbiera.
-Na pewno wyłączyła telefon.- Powiedziała mama, ciągle mając dobre nadzieje w stosunku do córki.
-Nie mamo, Laura taka nie jest.- Próbowałam dalej dodzwonić się do niej, ponieważ uważałam, że to nie podobne do niej. Znając ją to zaczęła histeryzować na oczach Rossa i czem prędzej go popychała, aby zawiózł ją do ojca. Nawet użyłaby na nim przemocy fizycznej, byleby tylko znaleźć się koło rodziców. W tym wszystkim ją podziwiałam. Potrafiła stanąć w obronie swojej rodziny, nawet za najcięższą cenę, a to ogromny dar, którego nigdy nie udało mi się ukazać z mojej strony. Tak więc wydawało mi się to ogromnie dziwne, że nie dało się do niej dodzwonić.
-Ross też nie odbiera.- No super! I jak tu się nie martwić, co? Może jednak ksiądz będzie jeszcze potrzebny, zanim ja zejdę z tego świata na zawał, albo bezdech w oczekiwaniu na siostrę. Wraz z Rikerem ustaliłam, że mama najpierw pójdzie do taty, a my poczekamy na nasze rodzeństwo. Mama chętnie przystąpiła na ten układ i już po chwili wparowała do sali. Natomiast my poszliśmy do holu głównego, gdzie zamierzyliśmy kupić sobie solidną kawę z automatu niedaleko recepcji.
Riker objął mnie ramieniem i oboje w ciszy sączyliśmy napój kofeinowy z plastikowego kubeczka. Wtem na salę wjechało około 6 lekarzy, pchając na noszach jakieś 2 osoby.
-Mężczyzna 23 lata, kobieta również. Mieli wypadek. Piątka w skali śpiączki Glasgow. Urazy wewnętrze jeszcze nieokreślone.
-Jak mają na imię? Muszę ich wpisać do kartoteki.- Krzyknęła zza blatu jakaś piguła.
-Ross Lynch i Laura Marano.- Riker zszokowany, ocknął się i pobiegł za lekarzami, lecz już po chwili wrócił ze łzami w oczach. Sama zaczęłam płakać i wtuliłam się w jego wątłe ciało.
-Widziałem ich... Lekarze mnie do nich nie dopuścili. - Wydukał przez łzy- Nie chcę znów stracić najmłodszego brata!- Warknął dławiąc się swoimi łzami.
----------------------------------------------------------
Oj zmęczyłam się! Nawet nie wiecie ile kubków herbaty wypiłam pisząc to. Mój 2 miesięczny limit. (nie piję za dużo herbaty)
Ale wam rozdział- porażka zgotowałam na święta, c' nie? Miał być w ramach przeprosin świąteczny OneShot, ale jeszcze się pisze i nie wiadomo, czy się pojawi.
Trochę ciężko mi się piszę o jakieś katastrofie, wolę pisać o czymś weselszym, ale chciałam trochę akcji narobić :D
Jak tam święta? Prezenty, pełne dupy, czy raczej bolące od rózgi? Miałam wam życzenia złożyć, ale tak wyszło, że w tej świątecznej plątaninie, miałam brak internetu, no ale cóż, jeszcze został Sylwester. :D
Mam nadzieję, że rozdział was nie zdołował za bardzo i zostawicie komentarz, bo ostatnio kiepsko z nimi było. Jeśli wam się coś nie podoba walcie w komach, a ja się dostosuje, nawet nie wiecie jakie takie konstruktywne uwagi są potrzebne. :P
Poza tym poznajecie tego pana? Tak, to on śpiewał LAST CHRISTMAS :D :
czwartek, 18 grudnia 2014
Rozdział 21
Życie często płata nam rozmaite psikusy. Te śmieszne i przyjemne oraz te nawet tragiczne, którę stanowią 75% tej grupy figli, czyli pojawiają się częściej. Mi niestety przytrafił się ten drugi rodzaj życiowych psikusów, ale do rzeczy:
-I jak mamo?- Domagałam się konstruktywnej opinii mojej matki w wyborze sukienki na dzisiejszy wieczór, jednak ta sukienka, jak poprzednie 6, kupionych na Zalando, nie była dla niej adekwatna dla danego wydarzenia. Już tłumaczę jakiego. Jakieś 2 tygodnie temu zakończyły się prace nad filmem ,,Gwiazd Naszych Wina" i dzisiaj odbywa się pierwsza, długo wyczekiwana premiera. Będą media, prasa, wszystko czego wschodząca gwiazda kina, taka jak ja, zapragnie.
-Dlaczego, ta akurat też się nie podoba?- Spytałam już załamana ciągłym zdegustowaniem mojej rodzicielki.
-No to przez ten dekolt, który jest za duży, tak samo jak to nacięcie na plecach.- Wskazała na wcześniej wymienione części mojej odzieży.
-Według mnie ciocia wygląda super!- Zawołał wesoło mój siostrzeniec, uradowany na ramionach swojego świeżo upieczonego taty.
-Nooo... Ciocia, wyglądasz powalająco.- Zawtórował Riker poprawiając swoje okulary.
-Erotomani.- Burknęła moja mama zwracając się w stronę drzwi, gdzie jeszcze przed sekundą rozległ się dzwonek, uprzedzający przed nadejściem gościa. Zostałam sama przed lustrem i poprawiałam swoją sukienkę, ukradkiem podsłuchując rozmowę mojej mamy z przybyszem.
-Dobry wieczór.
-Ross wyglądasz niezwykle dostojnie.- Przyznała moja mama z podziwem.
-Dziękuję Pani Marano, ta pochwała niezwykle mnie uszczęśliwia.- Odparł gentelmeńskim slangiem, po czym mama zaprosiła go do środka. Im bardziej słyszałam stukot jego włoskich butów, tym prędzej biło moje serce. W końcu zobaczyłam go w progu drzwi do pokoju. Stał w bezruchu, płytko oddychając, nic nie mówiąc, wpatrując się prawdopodobnie we mnie. Wnioskując z tej postawy oraz dzięki mojemu doświadczeniu (nie temu życiowemu, tylko temu nabytemu oglądając całodzienny maraton komedii romantycznych) uświadomiłam sobie, że oniemiałam go swoim wyglądem. On też- skromnie mówiąc- oczarował mnie tym jak wygląda. Stał ubrany w idealnie skrojony na niego garnitur ze skórzanymi wstawkami na marynarce, pod którym skrywała się biała koszula, która opinała się na jego perfekcyjnie wyrzeźbionym brzuchu. Oczywiście, iż Ross ceni sobie wygodę, jego koszula nie była dopięta na ostatni guzik. Do tego na głowę włożył tek kapelusz, w którym ostatnio mnie nawiedził, zapewne chcąc mi przypomnieć tamten dzień. No i oczywiście, na stopach miał wcześniej wspomniane włoskie, skórzane półbuty, których stukot, sprawiał, że moje serce biło szybciej. Co tu dużo mówić, dla mnie, kobiety, która uwielbia elegancko ubranych facetów, Ross sprawiał wrażenie idealnego.
-Wow... Laura, wyglądasz, wow...- Tylko tyle zdołał wydusić w sprawie ocenienia mojego wyglądu, lecz w jego ustach brzmiało to jak najpiękniejsza pieśń śpiewana przez syreny. (dla nie wtajemniczonych, w mitologii syreny wabiły swoim pięknym śpiewem żeglarzy, po czym ich statki rozbijały się na pobliskich skałach- od aut.)
-Dziękuję, również wyglądasz świetnie.- Odparłam i zadowolona podeszłam do Rossa, który jeszcze wpatrywał się w miejsce, w którym przed sekundą stałam i oznajmiłam, że jestem gotowa do wyjścia. Blondyn potrzebował chwili zanim te istotne informacje zamieniły się w czyn, a już po chwilę później siedzieliśmy w czarnym Porsche. Dopiero teraz skapnęłam się, że za każdym razem jedziemy innym samochodem.
-Każdy pasuje na inną sytuację.- Odpowiedział jakby czytał mi w myślach.
-Tak w ogóle to gdzie ty mnie wieziesz i dlaczego godzinę przed premierą?
-Zobaczysz.- Powiedział krótko z chytrym uśmieszkiem na twarzy. Powoli zaczynam się go bać.
Minęło może z 30 minut, a samochód Rossa się zatrzymał.
-Jesteśmy już na miejscu.-Oznajmił z uśmiechem. -Spokojnie.- Odparł po chwili . -Tym razem będzie to normalna niespodzianka.- Zaśmiał się i pobiegł mi otworzyć drzwi niczym gentelmen, za którego się dzisiaj uważał.
Gdy wysiadłam z samochodu blondyn delikatnie ujął moją dłoń, po czym poprowadził mnie przez ładnie oświetloną małymi żarówkami alejkę drzew prosto na patio jakiegoś ogrodu.
-Ross, co my tutaj robimy?- Spytałam zaniepokojona.- Czy to przypadkiem nie nazywa się włamaniem na czyjąś posesję?
-Może...
-Ross!- Warknęłam zdenerwowana patrząc jak blondyn się tym w ogóle nie przejmuje, na co on się tylko bardziej roześmiał.
-Dobrze, dobrze. To parcela mojego kuzyna. Pozwolił mi tu trochę namieszać.
-Twój kuzyn mieszka w pałacu.- Westchnęłam z zachwytem, dokładnie oglądając każdy szczegół tego miejsca.
-Oj tam, od razu w pałacu. Ten dom jest tylko adekwatny dla zwykłego, światowej klasy tancerza.
-Sądząc po tym, że jesteście spokrewnieni, to jest on striptizerem.
-I tu cię zaskoczę, że, iż ma on warunki na striptizera to tańczy w Dancing With The Stars.- Odpowiedział i zaprowadził mnie do drewnianej altanki, przystrojonej takimi samymi lampkami jak ówczesne drzewa, po czym zniknął. Po chwili rozległy się pierwsze dźwięki, piosenki, którą uwielbiałam.
-I jak mamo?- Domagałam się konstruktywnej opinii mojej matki w wyborze sukienki na dzisiejszy wieczór, jednak ta sukienka, jak poprzednie 6, kupionych na Zalando, nie była dla niej adekwatna dla danego wydarzenia. Już tłumaczę jakiego. Jakieś 2 tygodnie temu zakończyły się prace nad filmem ,,Gwiazd Naszych Wina" i dzisiaj odbywa się pierwsza, długo wyczekiwana premiera. Będą media, prasa, wszystko czego wschodząca gwiazda kina, taka jak ja, zapragnie.
-Dlaczego, ta akurat też się nie podoba?- Spytałam już załamana ciągłym zdegustowaniem mojej rodzicielki.
-No to przez ten dekolt, który jest za duży, tak samo jak to nacięcie na plecach.- Wskazała na wcześniej wymienione części mojej odzieży.
-Według mnie ciocia wygląda super!- Zawołał wesoło mój siostrzeniec, uradowany na ramionach swojego świeżo upieczonego taty.
-Nooo... Ciocia, wyglądasz powalająco.- Zawtórował Riker poprawiając swoje okulary.
-Erotomani.- Burknęła moja mama zwracając się w stronę drzwi, gdzie jeszcze przed sekundą rozległ się dzwonek, uprzedzający przed nadejściem gościa. Zostałam sama przed lustrem i poprawiałam swoją sukienkę, ukradkiem podsłuchując rozmowę mojej mamy z przybyszem.
-Dobry wieczór.
-Ross wyglądasz niezwykle dostojnie.- Przyznała moja mama z podziwem.
-Dziękuję Pani Marano, ta pochwała niezwykle mnie uszczęśliwia.- Odparł gentelmeńskim slangiem, po czym mama zaprosiła go do środka. Im bardziej słyszałam stukot jego włoskich butów, tym prędzej biło moje serce. W końcu zobaczyłam go w progu drzwi do pokoju. Stał w bezruchu, płytko oddychając, nic nie mówiąc, wpatrując się prawdopodobnie we mnie. Wnioskując z tej postawy oraz dzięki mojemu doświadczeniu (nie temu życiowemu, tylko temu nabytemu oglądając całodzienny maraton komedii romantycznych) uświadomiłam sobie, że oniemiałam go swoim wyglądem. On też- skromnie mówiąc- oczarował mnie tym jak wygląda. Stał ubrany w idealnie skrojony na niego garnitur ze skórzanymi wstawkami na marynarce, pod którym skrywała się biała koszula, która opinała się na jego perfekcyjnie wyrzeźbionym brzuchu. Oczywiście, iż Ross ceni sobie wygodę, jego koszula nie była dopięta na ostatni guzik. Do tego na głowę włożył tek kapelusz, w którym ostatnio mnie nawiedził, zapewne chcąc mi przypomnieć tamten dzień. No i oczywiście, na stopach miał wcześniej wspomniane włoskie, skórzane półbuty, których stukot, sprawiał, że moje serce biło szybciej. Co tu dużo mówić, dla mnie, kobiety, która uwielbia elegancko ubranych facetów, Ross sprawiał wrażenie idealnego.
-Wow... Laura, wyglądasz, wow...- Tylko tyle zdołał wydusić w sprawie ocenienia mojego wyglądu, lecz w jego ustach brzmiało to jak najpiękniejsza pieśń śpiewana przez syreny. (dla nie wtajemniczonych, w mitologii syreny wabiły swoim pięknym śpiewem żeglarzy, po czym ich statki rozbijały się na pobliskich skałach- od aut.)
-Dziękuję, również wyglądasz świetnie.- Odparłam i zadowolona podeszłam do Rossa, który jeszcze wpatrywał się w miejsce, w którym przed sekundą stałam i oznajmiłam, że jestem gotowa do wyjścia. Blondyn potrzebował chwili zanim te istotne informacje zamieniły się w czyn, a już po chwilę później siedzieliśmy w czarnym Porsche. Dopiero teraz skapnęłam się, że za każdym razem jedziemy innym samochodem.
-Każdy pasuje na inną sytuację.- Odpowiedział jakby czytał mi w myślach.
-Tak w ogóle to gdzie ty mnie wieziesz i dlaczego godzinę przed premierą?
-Zobaczysz.- Powiedział krótko z chytrym uśmieszkiem na twarzy. Powoli zaczynam się go bać.
Minęło może z 30 minut, a samochód Rossa się zatrzymał.
-Jesteśmy już na miejscu.-Oznajmił z uśmiechem. -Spokojnie.- Odparł po chwili . -Tym razem będzie to normalna niespodzianka.- Zaśmiał się i pobiegł mi otworzyć drzwi niczym gentelmen, za którego się dzisiaj uważał.
Gdy wysiadłam z samochodu blondyn delikatnie ujął moją dłoń, po czym poprowadził mnie przez ładnie oświetloną małymi żarówkami alejkę drzew prosto na patio jakiegoś ogrodu.
-Ross, co my tutaj robimy?- Spytałam zaniepokojona.- Czy to przypadkiem nie nazywa się włamaniem na czyjąś posesję?
-Może...
-Ross!- Warknęłam zdenerwowana patrząc jak blondyn się tym w ogóle nie przejmuje, na co on się tylko bardziej roześmiał.
-Dobrze, dobrze. To parcela mojego kuzyna. Pozwolił mi tu trochę namieszać.
-Twój kuzyn mieszka w pałacu.- Westchnęłam z zachwytem, dokładnie oglądając każdy szczegół tego miejsca.
-Oj tam, od razu w pałacu. Ten dom jest tylko adekwatny dla zwykłego, światowej klasy tancerza.
-Sądząc po tym, że jesteście spokrewnieni, to jest on striptizerem.
-I tu cię zaskoczę, że, iż ma on warunki na striptizera to tańczy w Dancing With The Stars.- Odpowiedział i zaprowadził mnie do drewnianej altanki, przystrojonej takimi samymi lampkami jak ówczesne drzewa, po czym zniknął. Po chwili rozległy się pierwsze dźwięki, piosenki, którą uwielbiałam.
Poczułam ciepły dotyk na mojej dłoni.
-Czy mogę panią prosić do tańca?- Spytał dostojnie, na co oczywiście się zgodziłam. Jedną rękę uniósł do góry, a drugą objął mnie w pasie i nakierował mnie jak mam tańczyć wolny taniec. Powolnie sunęliśmy po parkiecie w rytm utworu, patrząc sobie w oczy i ukradkiem uśmiechając się do siebie.
-Z jakiej okazji to zrobiłeś?
-Pamiętasz? Jak byliśmy młodsi, obiecaliśmy sobie, że razem pójdziemy na bal. Teraz spełniam tą obietnicę.
-Nie mogę uwierzyć, że pamiętasz to wszystko co sobie obiecaliśmy.
-Pamiętam tylko te rzeczy, które są dla mnie najistotniejsze.-Oznajmił. No cóż... Chciałabym, aby ta chwila trwała wiecznie, phi, w sumie, kto by nie chciał? Odkąd przyjechałam do LA dzieją się rzeczy, o których zawsze marzyłam. Działo się to za sprawą mężczyzny, z którym właśnie tańczę. Gdyby nie on, gniłabym całe życie na kanapie, czekając aż mój książę z bajki, owinie mnie liną i sam zaciągnie pod ołtarz. Niestety, ta, jak każda najpiękniejsza chwila mojego cudnego życia, nie trwa wiecznie. Już po chwili znajdowaliśmy się w drodze na uroczystość, patrząc jak za samochodem znika widok pałacu na przedmieściach.
-Film był genialny! Jesteście dobrze zapowiadającymi się aktorami. Gratuluję!- Zawołała Jasmin Fierra- dziennikarka, która tak jak wszyscy zebrani tu reporterzy, chciała zrobić z nami wywiad- Jeśli nie macie nic przeciwko, chciałabym przeprowadzić z wami krótką rozmowę.- My jako wschodzące gwiazdy, musieliśmy stworzyć swój image, więc zgadzaliśmy się na wszystkie wywiady.
-No dobrze, to pierwsze pytanie. Co skłoniło was do zagrania w tym filmie?
-Laura.
-Ross.- Powiedzieliśmy w tym samym czasie, po czym patrząc na siebie, zaśmialiśmy się.
-Aha...- Odparła zdezorientowana.- No dobrze. Ostatnio w internecie aż huczy od Raury. Co wy na to?
-Przepraszam.- Przerwałam wywiad, aby odebrać telefon. Nigdy nie wiadomo co mogło się stać. Wysłuchałam tego co mama miała mi do powiedzenia i z płaczem zsunęłam się na ziemię.
-Boże, Lau, co się stało?- Spytał przerażony, klękając przy mnie.
-Mój tata, jes,,, jest w szpitalu. W stanie kry... kry...
-Krytycznym?
-Tak.- Wydukałam. Znacie to uczucie, gdy część waszego serca obumiera? Ja też nie, ale myślę, że to właśnie się dzieje.
-----------------------------------------------------------------
Ale was przetrzymałam z tym rozdziałem. Niestety nie miałam czasu go napisać, ale myślę, że już uda mi się to nadrobić.
Jeśli ktoś zauważył to zmieniłam wygląd bloga, ponieważ tamten mi się znudził, oraz zmieniłam niektóre zdjęcia w zakładce bohaterowie, wpadnijcie zobaczyć.
Wiecie co? Mam już 3 zamówienia na moją książkę, której jeszcze nie zaczęłam pisać. Strange...
środa, 17 grudnia 2014
Wolę was uprzedzić...
Jak się domyślacie, święta już za pasem, a co idzie wraz ze świętami? Świąteczny zapierdo... A nie ważne, chyba domyślacie się co. Więc ogólnie cały tydzień mam zasraaa... Też wiadomo o co chodzi, ponieważ każdego dnia mam zajęcia w szkole m., albo mam próbę, albo koncert.
Tak więc rozdział się piszę, ale może to jeszcze potrwać, więc trzymajcie się ciepło i czekajcie na rozdział.
Have a nice day and see ya!
Tak więc rozdział się piszę, ale może to jeszcze potrwać, więc trzymajcie się ciepło i czekajcie na rozdział.
Have a nice day and see ya!
środa, 10 grudnia 2014
Moja nieuleczalna choroba...
Skleroza nie boli, ale dokucza. Na śmierć zapomniałam!!! Pani Anno, Aniu, Aniele, przepraszam cię najmocniej! Pamiętacie ten konkurs na napisanie 16 rozdziału? No. To wygrana osoba powinna dostać nagrodę pod postacią promowania bloga. Więc dostałam rozdział Ani, zamieściłam go na blogu, ale zapomniałam o tej nagrodzie. Aniu jeszcze raz przepraszam. Proszę o pokutę i rozgrzeszenie :D Tu macie adres tego bloga, na którego macie wchodzić. Serdecznie polecam, blog ma aktualnie 2 sezon :D
Blog Ani Fanki
Blog Ani Fanki
niedziela, 7 grudnia 2014
Rozdział 20
Nareszcie w domku! Jak cudownie! Ta swoboda, można robić co się tylko chce, spać do południa, lazić po domku w samej bieliźnie z pilotem w ręce, drapiąc się po własnym tyłeczku, normalnie...
-Kochanie, gdzie jest nasz pokój?- No tak... Zapomniałam o moim zacnym gościu.
-Mamo wasz pokój jest na przeciwko mojego, tuż obok łazienki.
-Dzięki.
-Laur...
-Tato, spokojnie, telewizor w pokoju ma 127 kanałów, a serwis informacyjny jest na 38.
-Dziękuję kochanie!- Krzyknął uradowany faktem tata, wlatując niczym torpeda do ich sypialni. Właśnie podpisałam z rodzicami umowę na czas nieokreślony. Super! Tsa... Pałam emocjami jak na grzybobraniu. No nic...
Rzuciłam dużą, sportową torbę tuż przed wyspę kuchenną i zajęłam się przygotowaniem sobie solidnej kawusi, po czym wygodnie rozsiadłam się w fotelu, zatopiłam swoje wargi w ciepłym napoju i zaczęłam delektowanie się chwilą ciszy, która nie towarzyszyła mi już od 2 dni, a tak bardzo jej potrzebowałam. Nie wierzę, że to mówię, ale tęskniłam za spokojem i wręcz pragnęłam, aby trwał jak najdłużej, szczególnie po tym co się wydarzyło, a wydarzył się dużo. Przez głowę ciągle pałętały mi się wątpliwości. Czy nie za szybko na związek z Rossem? Co prawda znamy się już kupę czasu, całe nasze jakże niezwykłe życie, lecz tak naprawdę to nie wiemy o sobie nic. Przez ten czas nasze aspiracje, pasje, nasz gust, mogły się definitywnie zmienić. Chociaż, znowu tak wiele nie mogło się zmienić. Tak myślę... Jedyne co wiem na 100% to, to, że Ross mnie kocha, ja nie jestem pewna swoich uczuć do niego, a tamtej nocy w pokoju, nie wiadomo z jakiego powodu, leżały 3 prezerwatywy. Przecież to normalne, po prostu obsługa hotelowa do każdego zamówionego szampana dodaje jedną paczkę magicznych gumek. No przecież logiczne, nie? Nevermind...
-Laura, babcia Elisabeth przyjedzie za pół godziny.- Zagłuszony przez dźwięki wydawane przez telewizor, głos mojej matki doszedł prosto z ich sypialni do moich uszu. Kuźwa! Są tu zaledwie 30 minut i już spraszają gości. Mini spędzik rodzinny. Oł je! (Oh Yeah- od aut.)
-Przepraszam, że tak napadam, ale po powrocie z wesela nie zdążyłam na mój pociąg do Littleton i coś czuje, że zostanę tutaj 1 dzień.
-Super.- Odparłam udając niezwykłą ekscytacje, co jednak nie wychodziło mi najlepiej. Siedzimy tu już 2 godziny, a czuję się, że stukać mi już 50- siątka. Jedyna rzecz, która uratowała mnie od gadania o mocherowych beretach, to dzwonek do drzwi.
-Ja otworzę!- Rzuciłam i pobiegłam czem prędzej otworzyć zacnemu wybawcy. Zdziwił mnie widok, gdyż w drzwiach, w kapeluszu, skórzanej kurtce, z różą w ręce, stał Ross, który pocałował mnie przelotnie, ewidentnie oczekując na coś więcej. Przepchnął mnie, całując przez pół korytarza do momentu, aż oparłam się pokusie i odkleiłam się od niego.
-Słuchaj, moja rodzinka jest w salonie, więc raczej nie spotkamy się dzisiaj.- Szepnęłam prowadząc go do wyjścia, pocałowałam go w policzek i zamknęłam za nim drzwi. Dziękuję ci mamo, właśnie spieprzyłaś pierwszy dzień mojego związku. Zawsze wiedziałaś co dla mnie najlepsze. Dziękuję!
-Kto to był?- Spytała mnie moja, jakże kochana rodzicielka.
-Ulotki.- Skłamałam.- Źle się czuję. Idę się położyć do sypialni.- Oznajmiłam i wbiegłam po schodach na górę, prosto do mojej oazy spokoju i rzuciłam się na łóżko.
-Ughhhhh!-Westchnęłam- Aaaa!- Krzyknęłam kiedy usłyszałam stukanie w szybę od mojego wejścia na balkon. Energicznie zwróciłam głowę i pobiegłam otworzyć blondynowi, który marznął na dworze.
-Co ty tutaj robisz?
-Kochanie zapomniałaś róży.- Uśmiechnął się, po czym wręczył mi czerwony kwiat.
-A..a... Ale jak ty tu wszedłeś?- Spytałam nie ukrywając mojego zdziwienia.
-Normalnie, wdrapałem się na to drzewko, no a potem hop na balkon. Tak wiem, jestem boski.-Odparł dumny. - Wiesz co? Tęskniłem.- Przecisnął mnie bliżej do siebie, a ja zarzuciłam mu ręce na szyję.
-Niemożliwe.- Odparłam z przekąsem.
-Ależ tak. Taką kobietę to jedynie jak najprędzej porwać ją, zabrać do Vegas, wziąć szybki ślub i starzeć się siedząc w fotelu, wychowując gromadkę wnuków.
-Z tego co wiem, to żeby mieć gromadkę wnuków, trzeba mieć najpierw gromadkę dzieci.
-Wiesz co? Właśnie nad tym pracuję.- Odparł subtelnie zadowolony, po czym widząc jak się śmieję, wziął mnie w jego umięśnione ramiona, parę razy zakręcił mną w powietrzu i rzucił na łóżko, po czym sam się położył koło mnie i oparty na ramieniu, wpatrywał się w moje oczy.
-O czym myślisz?- Spytałam zahipnotyzowana jego czekoladowymi tęczówkami.
-Zastanawiam się co najpierw z tobą zrobić. Pocałować, czy lepiej będzie cię od razu porwać do Vegas.
-Najpierw mnie pocałuj, a do samochodu sama ci wsiądę.
-Pani życzenie dla mnie rozkazem.- Powiedział i bez wahania uczynił to co mu zaproponowałam. Wpił się w moje usta, lecz chyba mu było nie wygodnie, ponieważ przeniósł się z pozycji bocznej na pozycję dominującą nade mną, czyli znalazł się na mnie. W pewnym momencie drzwi się otwarły, ledwo zobaczyłam w nich sylwetkę mojego ojca, a drzwi się od razu zamknęły.
-Ross chowaj się!- Szepnęłam w pośpiechu wiedząc, że na jednym wejściu mojego ojca się nie skończy i zaczęłam wpychać mojego Romea pod łóżko. Tak jak przeczuwałam, wrota ponownie się otwarły, a do pokoju wszedł mój tata.
-A...a... Laura?
-Tak tatku?
-Czy przypadkiem nie ma u ciebie żadnego mężczyzny?- Spytał, łudząc się, że i tak powiedziałabym mu prawdę.
-Nieeee- Kurde, powiedziałam to zbyt mało wiarygodnie. Zawsze tak mam gdy kłamię, daje taki niewiarygodny pisk na końcu zdania- Skąd taki pomysł?
-Bo mi się wydawało, że widziałem tutaj Ross'a.- Oznajmił poddenerwowany, chodząc po całym pokoju w poszukiwaniu mojego "kochanka". Najpierw przejrzał wszystkie kąty, potem zajrzał do szafy, później zobaczył wyjście na balkon, a na koniec już chciał zobaczyć, czy czasami ten tajemniczy mężczyzna nie znajduję się pod nim, ale skończyło się na tym, że mojemu tacie coś strzeliło w kolanie i zwijając się z bólu, wstał na równe nogi.
-Tatku, co to miało być?- Spytałam pod nosem podśmiewując się z nieudanego planu taty.
-Nic, nic. Ja.... Zgubiłem moją... soczewkę! Tak, soczewkę.
-Ale po co ci soczewka, przecież masz na nosie okulary.
-No widzisz, nie widzę gdzie zgubiłem moją soczewkę, więc muszę nosić to i to.
-Dobrze, dobrze.- Zaśmiałam się.- Rada na przyszłość. Nie pij z babcią więcej wina z mojego barku, ok?
-Jasne.- Powiedział i skołowany wyszedł z mojej sypialni. W tym samym momencie spod wyra wyczołgał się roześmiany blondyn.
-Soczewka, serio?
-Tak wiem. Z poziomu adrealiny rozwaliło mi łeb, wysadziło mi cycki, muszę ochłonąć.- Zaśmiałam się jak niepełnosprytna i po chwili dodałam- No dobrze to do Vegas wybierzemy się kiedy indziej, na chwilę obecną, żeby podtrzymać nasz związek w tajemnicy, muszę cię znów wygonić z mojego domu.
-No nie w takiej zupełnej tajemnicy. Po pierwsze twój ojciec się czegoś domyśla, już prawie mnie nakrył, a poza tym to Delly wie.
-Rydel?! Powiedziałeś jej.
-No nie zupełnie.
-Czyli?
-Powiedziała, że "przypadkowo"- mówiąc to zrobił cudzysłów w powietrzu.-... Przechodziła obok twojego pokoju i "przypadkowo" podsłuchała naszą ''rozmowę''.
-Delly pewnie wszystko wypapla.
-Powiedziała, że będzie się pilnować, żeby nikomu nic nie powiedzieć.
-Oby...
-Wiesz co jeszcze powiedziała? Że pasujemy do siebie jak pięść do twarzy. (czyli idealnie- :P- od aut.)- Oznajmił i wychodząc na balkon szybko mnie pocałował i gdzieś zniknął, zeskakując z gałęzi na gałęź.
-Jak pięść do twarzy.- Powiedziałam sama do siebie.- Tak, dokładnie...
----------------------------------------------------------------
O Luju! Już pieprzę się z tym rozdziałem od środy i wreszcie go napisałam. Czy wy czujecie tą moją euforię. Tsa, ja też nie. Tak samo jak ze świętami. Gdyby nie to, że wcinam teraz mandarynkę i słucham soundtracku z ,, Listy do M." to nie czułabym, że są one już za ponad 2 tyg. Przydałoby się trochę śniegu. U mnie jeszcze go nie ma, a u was? Podzielcie się waszą świąteczną radością w komentarzach, a ja wam na do widzenia mówię:
Ho Ho Ho!
ps. Prawie zapomniałam wam podziękować za ponad 5000 wyświetleń i ponad 100 kom. Jesteście meeegaaaaa kochani! Już miałam wam to wczoraj powiedzieć, ale byłam w kinie na kosogłosie i moja reakcja była taka sama jak laury, wiecie, ta z tymi cyckami :P
wtorek, 2 grudnia 2014
Rozdział 19
-Ok, ja rozumiem raz, ale dwa i to jeszcze po ledwo godzinnej przerwie?- Postawiłam go przed faktem dokonanym, subtelnie łapiąc oddech, wtulając się bardziej w umięśniony tors Rossa.
-A co, chcesz jeszcze raz? Myślę, że dam jeszcze radę przed zawałem.
-Hola, hola. Trzymaj tego niewyżytego erotycznie konia na wodzy.-Ross zerwał się do pozycji siedzącej odwracając głowę w moją stronę, układając brwi tak, aby wyrażały jego zdumienie, przy czym lekko zaśmiał.
-Konia? Kochana schlebiasz mi.
-Nie ważne, powiedz mi lepiej którą mamy godzinę.- Poszperał chwilę po kieszeniach spodni, które leżały koło łóżka i spokojnie oznajmił.
-Równiutko 12:30.
-Ross, wstawaj! Rodzice na pewno nie śpią, więc mogą się skapnąć, że już od 04.00 nas nie ma!-Wypchnęłam go z łóżka i sama z niego wybiegłam, owinięta w ówcześnie przyszykowany koc, po drodze zbierając rzeczy, które nadawałyby się do ubrania. Pobiegłam do łazienki, gdzie wzięłam szybki prysznic, ubrałam się, uczesałam i wróciłam do blondyna, który męczył się zapinając koszulę.
-Pomóc?- Spytałam, mając nadzieję, że się zgodzi. Oby się zgodził! Oby się zgodził!
-Wiem, że robisz to tylko dlatego, bo pociąga cię moja sexowna klata, więc nie zabronię ci tej przyjemności.- HA! Wiedziałam, że mi ulegnie! Prędko dorwałam się do jego koszuli i powolnie zapinałam jej guziki, abym mogła jak najdłużej nacieszyć się widokiem jego rozbudowanych mięśni.
-Pamiętasz jak próbowałeś mnie obronić przed gwałtem publicznym?-Spytałam ni z gruchy, ni z pietruchy.
-I za każdym razem mi się to udawało.- Zawtórował dumny.
-Mniejsza z tym. A wiesz co właśnie zrobiłeś? Zgwałciłeś mnie. Dwa razy.- Uśmiechnęłam się sarkastycznie.
-Ale najpierw wyznałem ci miłość.- Oznajmił i pocałował mnie przelotnie.- Poza tym, nie wzbraniałaś się jakoś specjalnie.
-Uwierz mi nie miałam jak odepchnąć faceta, który regularnie ćwiczy na siłowni.
-Lau, widziałem cię w akcji i uwierz mi ciężko jest się odkleić od kobiety, która w jednej ręce potrafi utrzymać 2 pary spodni, 3 topy i 1 sukienkę i kubek kawy, a w drugiej 5 par butów.- Mimowolnie się zaśmiałam. Faktycznie miał rację, aczkolwiek lekko wyolbrzymiał. Poklepałam go po ramieniu dając mu znak, że już skończyłam i pociągnęłam go za sobą na korytarz w stronę sali, gdzie prawdopodobnie siedzieli już wszyscy spożywając obiad. Ross zatrzymał się tuż przed salą i zapytał:
-A mamy im mówić, że jesteśmy razem? (Tak wiem, że zdania nie zaczyna się od A :P- od aut.)
-A co im powiemy, gdy spytają się jak to się stało i gdzie byliście jak was nie było? Co im odpowiemy? A nic, po prostu kochaliśmy się całą noc?
-No fakt, że nie brzmi to najlepiej, zwłaszcza, że niektórzy z tego grona mają jeszcze staroświeckie poglądy. - Oznajmił smutno. myśląc o moich rodzicach.
-Może na razie zróbmy małą próbę, taką, żeby zobaczyć, czy nam się uda, jeśli tak to powiemy to wszystkim, co?
-Dobrze.- Zgodził się i zanim weszliśmy do sali puścił moją dłoń.
-Nie możliwe, nasza Raura raczyła zjeść z nami obiad! Jesteśmy zaszczyceni!- Oznajmił Ell wskazując nam na wolne miejsca przy stole.
-I jak, łóżko jeszcze w całości?- Zaśmiał się jak koń, Rocky, na co nasi rodzice zadławili się wodą, którą pili.
-Rocky... Nie. -Oznajmiłam oschle.- O to lepiej trzeba się spytać naszych ekspertów, prawda Riker?- Spytałam sarkastycznie, na co Vanessa wraz ze swoim mężem wypluła całą wodę, którą mieli w aparacie gębowym. No ładne pornole się tu rozgrywają.
-Rydel ty się nie śmiej, bo też jesteś w tą sprawę wmieszana.- Zawtórował Ross.- Rocky, a ty już się lepiej nie odzywaj, bo w całym hotelu było cię słychać.- Mężczyzna zwiesił głowę wraz ze swoją żoną. Było tak cicho, że można było usłyszeć bzyczenie muchy i ciche burknięcie Stormie.
-No fakt.- Przyznała.
-----------------------------------------------------------------------------
Jestem wściekła za tamten rozdział, ponieważ od wakacji myślałam o tym, że ta piosenka będzie idealnie pasować, aczkolwiek ja taka ciapa, że zapomniałam jej dodać, więc macie ja teraz. Tą piosenką jak widzicie było właśnie ,, Stay with me" Mam nadzieję, że rozdział się podoba, więc żulę o komentarze, a także przypominam o zakładce Pytanie do bohatera. :)
BYE
-A co, chcesz jeszcze raz? Myślę, że dam jeszcze radę przed zawałem.
-Hola, hola. Trzymaj tego niewyżytego erotycznie konia na wodzy.-Ross zerwał się do pozycji siedzącej odwracając głowę w moją stronę, układając brwi tak, aby wyrażały jego zdumienie, przy czym lekko zaśmiał.
-Konia? Kochana schlebiasz mi.
-Nie ważne, powiedz mi lepiej którą mamy godzinę.- Poszperał chwilę po kieszeniach spodni, które leżały koło łóżka i spokojnie oznajmił.
-Równiutko 12:30.
-Ross, wstawaj! Rodzice na pewno nie śpią, więc mogą się skapnąć, że już od 04.00 nas nie ma!-Wypchnęłam go z łóżka i sama z niego wybiegłam, owinięta w ówcześnie przyszykowany koc, po drodze zbierając rzeczy, które nadawałyby się do ubrania. Pobiegłam do łazienki, gdzie wzięłam szybki prysznic, ubrałam się, uczesałam i wróciłam do blondyna, który męczył się zapinając koszulę.
-Pomóc?- Spytałam, mając nadzieję, że się zgodzi. Oby się zgodził! Oby się zgodził!
-Wiem, że robisz to tylko dlatego, bo pociąga cię moja sexowna klata, więc nie zabronię ci tej przyjemności.- HA! Wiedziałam, że mi ulegnie! Prędko dorwałam się do jego koszuli i powolnie zapinałam jej guziki, abym mogła jak najdłużej nacieszyć się widokiem jego rozbudowanych mięśni.
-Pamiętasz jak próbowałeś mnie obronić przed gwałtem publicznym?-Spytałam ni z gruchy, ni z pietruchy.
-I za każdym razem mi się to udawało.- Zawtórował dumny.
-Mniejsza z tym. A wiesz co właśnie zrobiłeś? Zgwałciłeś mnie. Dwa razy.- Uśmiechnęłam się sarkastycznie.
-Ale najpierw wyznałem ci miłość.- Oznajmił i pocałował mnie przelotnie.- Poza tym, nie wzbraniałaś się jakoś specjalnie.
-Uwierz mi nie miałam jak odepchnąć faceta, który regularnie ćwiczy na siłowni.
-Lau, widziałem cię w akcji i uwierz mi ciężko jest się odkleić od kobiety, która w jednej ręce potrafi utrzymać 2 pary spodni, 3 topy i 1 sukienkę i kubek kawy, a w drugiej 5 par butów.- Mimowolnie się zaśmiałam. Faktycznie miał rację, aczkolwiek lekko wyolbrzymiał. Poklepałam go po ramieniu dając mu znak, że już skończyłam i pociągnęłam go za sobą na korytarz w stronę sali, gdzie prawdopodobnie siedzieli już wszyscy spożywając obiad. Ross zatrzymał się tuż przed salą i zapytał:
-A mamy im mówić, że jesteśmy razem? (Tak wiem, że zdania nie zaczyna się od A :P- od aut.)
-A co im powiemy, gdy spytają się jak to się stało i gdzie byliście jak was nie było? Co im odpowiemy? A nic, po prostu kochaliśmy się całą noc?
-No fakt, że nie brzmi to najlepiej, zwłaszcza, że niektórzy z tego grona mają jeszcze staroświeckie poglądy. - Oznajmił smutno. myśląc o moich rodzicach.
-Może na razie zróbmy małą próbę, taką, żeby zobaczyć, czy nam się uda, jeśli tak to powiemy to wszystkim, co?
-Dobrze.- Zgodził się i zanim weszliśmy do sali puścił moją dłoń.
-Nie możliwe, nasza Raura raczyła zjeść z nami obiad! Jesteśmy zaszczyceni!- Oznajmił Ell wskazując nam na wolne miejsca przy stole.
-I jak, łóżko jeszcze w całości?- Zaśmiał się jak koń, Rocky, na co nasi rodzice zadławili się wodą, którą pili.
-Rocky... Nie. -Oznajmiłam oschle.- O to lepiej trzeba się spytać naszych ekspertów, prawda Riker?- Spytałam sarkastycznie, na co Vanessa wraz ze swoim mężem wypluła całą wodę, którą mieli w aparacie gębowym. No ładne pornole się tu rozgrywają.
-Rydel ty się nie śmiej, bo też jesteś w tą sprawę wmieszana.- Zawtórował Ross.- Rocky, a ty już się lepiej nie odzywaj, bo w całym hotelu było cię słychać.- Mężczyzna zwiesił głowę wraz ze swoją żoną. Było tak cicho, że można było usłyszeć bzyczenie muchy i ciche burknięcie Stormie.
-No fakt.- Przyznała.
-----------------------------------------------------------------------------
BYE
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)
.png)