-Niech to szlag!- Warknął Ross waląc pięściami w kierownicę, jak na złość o tej godzinie były potworne korki.- Spokojnie, Lau, mam nadzieję, że nie potrwa to długo.- Powiedział zagłębiając się w myśl, jak by tu najszybciej dojechać do szpitala.
-Spokojnie?! Mój tata umiera, a ja mam być spokojna?!- Krzyknęłam na niego, żeby wyładować się emocjonalnie, chociaż wiem, że nie jest on niczemu nie winien.
-Przepraszam.- Westchnął.
-Nie, to ja przepraszam.- Poprawiłam się.- Po prostu jestem zdenerwowana.
-Jasne, rozumiem. W twoim przypadku pewnie zachowałbym się jeszcze gorzej.- Oznajmił, próbując pokazać mi lekki uśmiech, co nawet jemu to nie wychodziło.- Cholera!- Warknął ponownie, kilkakrotnie ciskając w klakson.- Nie możemy tak, to zrobimy to inaczej.- Mruknął jakby sam do siebie i zjechał na przeciwny pas, 3- pasmowej drogi ekspresowej. Z zawrotną prędkością mijał innych kierowców, którzy pędziły w naszą stronę, trzaskając w klakson i prawdopodobnie klnąc na cały regulator.
Nie dziwię im się. Gdyby nie to, że chcę jak najprędzej dojechać do szpitala, już dawno odrąbałabym Rossowi głowę tępym nożem, za łamanie przepisów i stwarzanie masakrycznego zagrożenia sobie i innym ludziom. W końcu Ross znalazł jakiś nieznajomy mu wcześniej zjazd do lasu, gdzie bez wahania skręcił i zwolnił trochę tempo jadąc ścieżką wśród alejek drzew. Tej nocy wszystko wydawało się inne, bardziej jak z horroru. Księżyc w pełni, który świecił na kruczo- czarnym niebie, na którym nie było żadnej gwiazdy oraz te ponad 15 metrowe drzewa, które zdawały się przechylać w naszą stronę. Gdy już stosunkowo, część moich emocji uszła razem z dwutlenkiem węgla i częścią tlenu prosto z mojego układu oddechowego, spoglądałam na szaleńczo rozbijające się na przedniej szybie krople deszczu. Wszystko wydawało się być już bardziej ustatkowane. Inaczej w samochodzie, a inaczej poza nim. Już powoli myślałam, że to wszystko było tylko głupim, zmyślonym przeze mnie koszmarem, z którego, jak zawsze miałam się wybudzić. Jednak uświadomiłam sobie, że ten koszmar dzieje się naprawdę. Stało się to w momencie, gdy ogromne drzewo zwaliło nam się na drogę ledwo 12 m od nas. Jedyne co usłyszałam to donośny pisk opon, dźwięk wgniatającej się w kłodę drzewa maski oraz walenie o kamienie metalowych kołpaków. Po zaledwie tych 2 sekundach film mi się urwał.
Vanessa
Wszyscy siedzieliśmy jak na stypie, oczekując aż z sali wyjdzie lekarz z dobrymi lub nieco gorszymi wieściami. Cisza, niepokój i ciche pochlipywanie mamy, tylko te czynności udawały się naszym organizmom wykonać przed zgonem psychicznym. Każdy już myślał, że zniesie jajka. Na szczęście znalazłam oparcie w Rikerze. On mimo tego, że też był zdołowany niczym zbity pies, potrafił jeszcze mnie podnieść na duchu, szepcząc jakieś czułe słówko.
Po 30 minutach czekania, drzwi się uchyliły, a z pomieszczenia wyszedł już lekko osiwiały lekarz, poprawiając rękawy kitla.
-Z pacjentem wszystko już w porządku, leki zaczęły działać.- Momentalnie uszło z nas całe zalegające w płucach powietrze i zmieszało się ze smrodem antybiotyków.- Pan Marano miał tylko przednie stadium zawału, ale z jego wcześniejszymi problemami z sercem mogło się to skończyć no... Nie za dobrze.- Wytłumaczył uśmiechając się spod jego bujnej, czarnej brody, po czym dodał:- Pacjent jest przytomny. Może go odwiedzić tylko jedna osoba, ale proszę pamiętać, że pacjent jest po dużej dawce leków i jest słaby.- Powiedział i odszedł.
-Dzwońcie do Laury i do księdza, że to fałszywy alarm.
-Dzwoniłaś do księdza?
-Wiesz... Tak na wszelki wypadek.-Odparła mama. Westchnęłam i wyciągnęłam telefon, aby zadzwonić do siostry. Poczta głosowa... Ughhhhh! Jak ja tego nienawidzę!
-Nie odbiera.
-Na pewno wyłączyła telefon.- Powiedziała mama, ciągle mając dobre nadzieje w stosunku do córki.
-Nie mamo, Laura taka nie jest.- Próbowałam dalej dodzwonić się do niej, ponieważ uważałam, że to nie podobne do niej. Znając ją to zaczęła histeryzować na oczach Rossa i czem prędzej go popychała, aby zawiózł ją do ojca. Nawet użyłaby na nim przemocy fizycznej, byleby tylko znaleźć się koło rodziców. W tym wszystkim ją podziwiałam. Potrafiła stanąć w obronie swojej rodziny, nawet za najcięższą cenę, a to ogromny dar, którego nigdy nie udało mi się ukazać z mojej strony. Tak więc wydawało mi się to ogromnie dziwne, że nie dało się do niej dodzwonić.
-Ross też nie odbiera.- No super! I jak tu się nie martwić, co? Może jednak ksiądz będzie jeszcze potrzebny, zanim ja zejdę z tego świata na zawał, albo bezdech w oczekiwaniu na siostrę. Wraz z Rikerem ustaliłam, że mama najpierw pójdzie do taty, a my poczekamy na nasze rodzeństwo. Mama chętnie przystąpiła na ten układ i już po chwili wparowała do sali. Natomiast my poszliśmy do holu głównego, gdzie zamierzyliśmy kupić sobie solidną kawę z automatu niedaleko recepcji.
Riker objął mnie ramieniem i oboje w ciszy sączyliśmy napój kofeinowy z plastikowego kubeczka. Wtem na salę wjechało około 6 lekarzy, pchając na noszach jakieś 2 osoby.
-Mężczyzna 23 lata, kobieta również. Mieli wypadek. Piątka w skali śpiączki Glasgow. Urazy wewnętrze jeszcze nieokreślone.
-Jak mają na imię? Muszę ich wpisać do kartoteki.- Krzyknęła zza blatu jakaś piguła.
-Ross Lynch i Laura Marano.- Riker zszokowany, ocknął się i pobiegł za lekarzami, lecz już po chwili wrócił ze łzami w oczach. Sama zaczęłam płakać i wtuliłam się w jego wątłe ciało.
-Widziałem ich... Lekarze mnie do nich nie dopuścili. - Wydukał przez łzy- Nie chcę znów stracić najmłodszego brata!- Warknął dławiąc się swoimi łzami.
----------------------------------------------------------
Oj zmęczyłam się! Nawet nie wiecie ile kubków herbaty wypiłam pisząc to. Mój 2 miesięczny limit. (nie piję za dużo herbaty)
Ale wam rozdział- porażka zgotowałam na święta, c' nie? Miał być w ramach przeprosin świąteczny OneShot, ale jeszcze się pisze i nie wiadomo, czy się pojawi.
Trochę ciężko mi się piszę o jakieś katastrofie, wolę pisać o czymś weselszym, ale chciałam trochę akcji narobić :D
Jak tam święta? Prezenty, pełne dupy, czy raczej bolące od rózgi? Miałam wam życzenia złożyć, ale tak wyszło, że w tej świątecznej plątaninie, miałam brak internetu, no ale cóż, jeszcze został Sylwester. :D
Mam nadzieję, że rozdział was nie zdołował za bardzo i zostawicie komentarz, bo ostatnio kiepsko z nimi było. Jeśli wam się coś nie podoba walcie w komach, a ja się dostosuje, nawet nie wiecie jakie takie konstruktywne uwagi są potrzebne. :P
Poza tym poznajecie tego pana? Tak, to on śpiewał LAST CHRISTMAS :D :
.png)
Super
OdpowiedzUsuńBiedna Raura
OdpowiedzUsuńSuper czekam na next
OdpowiedzUsuńPróbowałaś zabić Rossa i Laure O.o
OdpowiedzUsuńGenialny, cudowny, zarąbisty.... co tu dużo mówić!!! Po prostu mega *,* Och... ja chce predko next kochana, jak najszybciej! Jestem ogromnie ciekawa co z Rossem ;( No i Lau oczywiście ;D Hhaha... xD mam nadzieję, że żyją i są cali i zdrowii... Plose nie uśmiercaj ich ♥ Wiem, ze nie możesz tego zrobić, ale konsekwencje tego wypadku mogą być różne więc... xd Nieważne całuję i wieeeelkiej weny życze ;**
OdpowiedzUsuńOgrooomnej ;-)
UsuńNo kochana genialny rozdział!!!! :D
OdpowiedzUsuńAkcja, wypadki, tylko weź mi ich tu nie zabijaj co? XDD
Mam nadzieję, że gołąbeczki przeżyją :P
Widzę, że nie tylko ja mam problem z OneShotem XD
Ze swoim się męczę i męczę ;p
Oczywiście że poznaje pana!!!! :D Jorge Michael!!!! <3333
Jeden z najlepszych piosenkarzy, którego znam od dziecka :D
Czekam na next!!!
Hejka! Dopiero skończyłam czytać poprzednie rozdziały i powiem że bardzo podoba mi się ta fabuła :3
OdpowiedzUsuńJestem bardzo ciekawa jak to potoczy się dalej! :*
A co do rozdziału to: G E N I A L N Y!!! :D
Czekam z niecierpliwością na następny rozdział :*
I zapraszam do mnie ;*
http://wojna-uczucia-raura.blogspot.com/?m=1