niedziela, 7 grudnia 2014

Rozdział 20


Wraz z rozdziałem przybywam o was z pioseneczką, dzięki udziela mi się świąteczny nastroik :D (Minka, minka) :P




Nareszcie w domku! Jak cudownie! Ta swoboda, można robić co się tylko chce, spać do południa, lazić po domku w samej bieliźnie z pilotem w ręce, drapiąc się po własnym tyłeczku, normalnie...
-Kochanie, gdzie jest nasz pokój?- No tak... Zapomniałam o moim zacnym gościu.
-Mamo wasz pokój jest na przeciwko mojego, tuż obok łazienki.
-Dzięki.
-Laur...
-Tato, spokojnie, telewizor w pokoju ma 127 kanałów, a serwis informacyjny jest na 38.
-Dziękuję kochanie!- Krzyknął uradowany faktem tata, wlatując niczym torpeda do ich sypialni. Właśnie podpisałam z rodzicami umowę na czas nieokreślony. Super! Tsa... Pałam emocjami jak na grzybobraniu. No nic...
Rzuciłam dużą, sportową torbę tuż przed wyspę kuchenną i zajęłam się przygotowaniem sobie solidnej kawusi, po czym wygodnie rozsiadłam się w fotelu, zatopiłam swoje wargi w ciepłym napoju  i zaczęłam delektowanie się chwilą ciszy, która nie towarzyszyła mi już od 2 dni, a tak bardzo jej potrzebowałam. Nie wierzę, że to mówię, ale tęskniłam za spokojem i wręcz pragnęłam, aby trwał jak najdłużej, szczególnie po tym co się wydarzyło, a wydarzył się dużo. Przez głowę ciągle pałętały mi się wątpliwości. Czy nie za szybko na związek z Rossem? Co prawda znamy się już kupę czasu, całe nasze jakże niezwykłe życie, lecz tak naprawdę to nie wiemy o sobie nic. Przez ten czas nasze aspiracje, pasje, nasz gust, mogły się definitywnie zmienić. Chociaż, znowu tak wiele  nie mogło się zmienić. Tak myślę... Jedyne co wiem na 100% to, to, że Ross mnie kocha, ja nie jestem pewna swoich uczuć do niego, a tamtej nocy w pokoju, nie wiadomo z jakiego powodu, leżały 3 prezerwatywy. Przecież to normalne, po prostu obsługa hotelowa do każdego zamówionego szampana dodaje jedną paczkę magicznych gumek. No przecież logiczne, nie?  Nevermind...
-Laura, babcia Elisabeth przyjedzie za pół godziny.- Zagłuszony przez dźwięki wydawane przez telewizor, głos mojej matki doszedł prosto z ich sypialni do moich uszu. Kuźwa! Są tu zaledwie 30 minut i już spraszają gości. Mini spędzik rodzinny. Oł je! (Oh Yeah- od aut.) 
-Przepraszam, że tak napadam, ale po powrocie z wesela nie zdążyłam na mój pociąg do Littleton i coś czuje, że zostanę tutaj 1 dzień.
-Super.- Odparłam udając niezwykłą ekscytacje, co jednak nie wychodziło mi najlepiej. Siedzimy tu już 2 godziny, a czuję się, że stukać mi już 50- siątka. Jedyna rzecz, która uratowała mnie od gadania o mocherowych beretach, to dzwonek do drzwi.
-Ja otworzę!- Rzuciłam i pobiegłam czem prędzej otworzyć zacnemu wybawcy. Zdziwił mnie widok, gdyż w drzwiach, w kapeluszu, skórzanej kurtce, z różą  w ręce, stał Ross, który pocałował mnie przelotnie, ewidentnie oczekując na coś więcej. Przepchnął mnie, całując przez pół korytarza do momentu, aż oparłam się pokusie i odkleiłam się od niego.
-Słuchaj, moja rodzinka jest w salonie, więc raczej nie spotkamy się dzisiaj.- Szepnęłam prowadząc go do wyjścia, pocałowałam go w policzek i zamknęłam za nim drzwi. Dziękuję ci mamo, właśnie spieprzyłaś pierwszy dzień mojego związku. Zawsze wiedziałaś co dla mnie najlepsze. Dziękuję!
-Kto to był?- Spytała mnie moja, jakże kochana rodzicielka.
-Ulotki.- Skłamałam.- Źle się czuję. Idę się położyć do sypialni.- Oznajmiłam i wbiegłam po schodach na górę, prosto do mojej oazy spokoju i rzuciłam się na łóżko.
 -Ughhhhh!-Westchnęłam- Aaaa!- Krzyknęłam kiedy usłyszałam stukanie w szybę od mojego wejścia na balkon. Energicznie zwróciłam głowę i pobiegłam otworzyć blondynowi, który marznął na dworze.
-Co ty tutaj robisz?
-Kochanie zapomniałaś róży.- Uśmiechnął się, po czym wręczył mi czerwony kwiat.
-A..a... Ale jak ty tu wszedłeś?- Spytałam nie ukrywając mojego zdziwienia.
-Normalnie, wdrapałem się na to drzewko, no a potem hop na balkon. Tak wiem, jestem boski.-Odparł dumny. - Wiesz co? Tęskniłem.-  Przecisnął mnie bliżej do siebie, a ja zarzuciłam mu  ręce na szyję.
-Niemożliwe.- Odparłam z przekąsem.
-Ależ tak. Taką kobietę to jedynie jak najprędzej porwać ją, zabrać do Vegas, wziąć szybki ślub i starzeć się siedząc w fotelu, wychowując gromadkę wnuków.
-Z tego co wiem, to żeby mieć gromadkę wnuków, trzeba  mieć najpierw gromadkę dzieci.
-Wiesz co? Właśnie nad tym pracuję.- Odparł subtelnie zadowolony, po czym widząc jak się śmieję, wziął mnie w jego umięśnione ramiona, parę razy zakręcił mną w powietrzu i rzucił na łóżko, po czym sam się położył koło mnie i oparty na ramieniu, wpatrywał się w moje oczy.
-O czym myślisz?- Spytałam zahipnotyzowana jego czekoladowymi tęczówkami.
-Zastanawiam się co najpierw z tobą zrobić. Pocałować, czy lepiej będzie cię od razu porwać do Vegas.
-Najpierw mnie pocałuj, a do samochodu sama ci wsiądę.
-Pani życzenie dla mnie rozkazem.- Powiedział i bez wahania uczynił to co mu zaproponowałam.  Wpił się w moje usta, lecz chyba mu było nie wygodnie, ponieważ przeniósł się z pozycji bocznej na pozycję dominującą nade mną, czyli znalazł się na mnie. W pewnym momencie drzwi się otwarły, ledwo zobaczyłam w nich sylwetkę mojego ojca, a drzwi się od razu zamknęły.
-Ross chowaj się!- Szepnęłam w pośpiechu wiedząc, że na jednym wejściu mojego ojca się nie skończy i zaczęłam wpychać mojego Romea pod łóżko. Tak jak przeczuwałam, wrota ponownie się otwarły, a do pokoju wszedł mój tata.
-A...a... Laura?
-Tak tatku?
-Czy przypadkiem nie ma u ciebie żadnego mężczyzny?- Spytał, łudząc się, że i tak powiedziałabym mu prawdę.
-Nieeee- Kurde, powiedziałam to zbyt mało wiarygodnie. Zawsze tak mam gdy kłamię, daje taki niewiarygodny pisk na końcu zdania- Skąd taki pomysł?
-Bo mi się wydawało, że widziałem tutaj Ross'a.- Oznajmił poddenerwowany, chodząc po całym pokoju w poszukiwaniu mojego "kochanka". Najpierw przejrzał wszystkie kąty, potem zajrzał do szafy, później zobaczył wyjście na balkon, a na koniec już chciał zobaczyć, czy czasami ten tajemniczy mężczyzna nie znajduję się pod nim, ale skończyło się na tym, że mojemu tacie coś strzeliło w kolanie i zwijając się z bólu, wstał na równe nogi.
-Tatku, co to miało być?- Spytałam pod nosem podśmiewując się z nieudanego planu taty.
-Nic, nic. Ja.... Zgubiłem moją... soczewkę! Tak, soczewkę.
-Ale po co ci soczewka, przecież masz na nosie okulary.
-No widzisz, nie widzę gdzie zgubiłem moją soczewkę, więc muszę nosić to i to.
-Dobrze, dobrze.- Zaśmiałam się.- Rada na przyszłość. Nie pij z babcią więcej wina z mojego barku, ok?
-Jasne.- Powiedział  i skołowany wyszedł z mojej sypialni. W tym samym momencie spod wyra wyczołgał się roześmiany blondyn.
-Soczewka, serio?
-Tak wiem. Z poziomu adrealiny rozwaliło mi łeb, wysadziło mi cycki, muszę ochłonąć.- Zaśmiałam się jak niepełnosprytna i po chwili dodałam- No dobrze to do Vegas wybierzemy się kiedy indziej, na chwilę obecną, żeby podtrzymać nasz związek w tajemnicy, muszę cię znów wygonić z mojego domu.
-No nie w takiej zupełnej tajemnicy. Po pierwsze twój ojciec się czegoś domyśla, już prawie mnie nakrył, a poza tym to Delly wie.
-Rydel?! Powiedziałeś jej.
-No nie zupełnie.
-Czyli?
-Powiedziała, że "przypadkowo"- mówiąc to zrobił cudzysłów w powietrzu.-... Przechodziła obok twojego pokoju i "przypadkowo" podsłuchała naszą ''rozmowę''.
-Delly pewnie wszystko wypapla.
-Powiedziała, że będzie się pilnować, żeby nikomu nic nie powiedzieć.
-Oby...
-Wiesz co jeszcze powiedziała? Że pasujemy do siebie jak pięść do twarzy. (czyli idealnie- :P- od aut.)- Oznajmił i wychodząc na balkon szybko mnie pocałował i gdzieś zniknął, zeskakując z gałęzi na gałęź.
-Jak pięść do twarzy.- Powiedziałam sama do siebie.- Tak, dokładnie...

----------------------------------------------------------------
O Luju! Już pieprzę się z tym rozdziałem od środy i wreszcie go napisałam.  Czy wy czujecie tą moją euforię.  Tsa, ja też nie. Tak samo jak ze świętami. Gdyby nie to, że wcinam teraz mandarynkę i słucham soundtracku z ,, Listy do M." to nie czułabym, że są one już za ponad 2 tyg. Przydałoby się trochę śniegu. U mnie jeszcze go nie ma, a u was? Podzielcie się waszą świąteczną radością w komentarzach, a ja wam na do widzenia mówię:
Ho Ho Ho!
ps. Prawie zapomniałam wam podziękować za ponad 5000 wyświetleń i ponad 100 kom. Jesteście meeegaaaaa kochani! Już miałam wam to wczoraj powiedzieć, ale byłam w kinie na kosogłosie i moja reakcja była taka sama jak laury, wiecie, ta z tymi cyckami :P

wtorek, 2 grudnia 2014

Rozdział 19

-Ok, ja rozumiem raz, ale dwa i to jeszcze po ledwo godzinnej przerwie?- Postawiłam go przed faktem dokonanym, subtelnie łapiąc oddech, wtulając się bardziej w umięśniony tors Rossa.
-A co, chcesz jeszcze raz? Myślę, że dam jeszcze radę przed zawałem.
-Hola, hola. Trzymaj tego niewyżytego erotycznie konia na wodzy.-Ross zerwał się do pozycji siedzącej odwracając głowę w moją stronę, układając brwi tak, aby wyrażały jego zdumienie, przy czym lekko zaśmiał.
-Konia? Kochana schlebiasz mi.
-Nie ważne, powiedz mi lepiej którą mamy godzinę.- Poszperał chwilę po kieszeniach spodni, które leżały koło łóżka i spokojnie oznajmił.
-Równiutko 12:30.
-Ross, wstawaj! Rodzice na pewno nie śpią, więc mogą się skapnąć, że już od 04.00 nas nie ma!-Wypchnęłam go z łóżka i sama z niego wybiegłam, owinięta w ówcześnie przyszykowany koc, po drodze zbierając rzeczy, które nadawałyby się do ubrania. Pobiegłam do łazienki, gdzie wzięłam szybki prysznic, ubrałam się, uczesałam i wróciłam do blondyna, który męczył się zapinając koszulę.

-Pomóc?- Spytałam, mając nadzieję, że się zgodzi. Oby się zgodził! Oby się zgodził!
-Wiem, że robisz to tylko dlatego, bo pociąga cię moja sexowna klata, więc nie zabronię ci tej przyjemności.- HA! Wiedziałam, że mi ulegnie! Prędko dorwałam się do jego koszuli i powolnie zapinałam jej guziki, abym mogła jak najdłużej nacieszyć się widokiem jego  rozbudowanych mięśni.
-Pamiętasz jak próbowałeś mnie obronić przed gwałtem publicznym?-Spytałam ni z gruchy, ni z pietruchy.
-I za każdym razem mi się to udawało.- Zawtórował dumny.
-Mniejsza z tym. A wiesz co właśnie zrobiłeś? Zgwałciłeś mnie. Dwa razy.- Uśmiechnęłam się sarkastycznie.
-Ale najpierw wyznałem ci miłość.- Oznajmił i pocałował mnie przelotnie.- Poza tym, nie wzbraniałaś się jakoś specjalnie.
-Uwierz mi nie miałam jak odepchnąć faceta, który regularnie ćwiczy na siłowni.
-Lau, widziałem cię w akcji i uwierz mi ciężko jest się odkleić od kobiety, która w jednej ręce potrafi utrzymać 2 pary spodni, 3 topy i 1 sukienkę i kubek kawy, a w drugiej 5 par butów.- Mimowolnie się zaśmiałam. Faktycznie miał rację, aczkolwiek lekko wyolbrzymiał. Poklepałam go po ramieniu dając mu znak, że już skończyłam i pociągnęłam go za sobą na korytarz w stronę sali, gdzie prawdopodobnie siedzieli już wszyscy spożywając obiad.  Ross zatrzymał się tuż przed salą i zapytał:
-A mamy im mówić, że jesteśmy razem? (Tak wiem, że zdania nie zaczyna się od A :P- od aut.)
-A co im powiemy, gdy spytają się jak to się stało i gdzie byliście jak was nie było? Co im odpowiemy? A nic, po prostu kochaliśmy się całą noc?
-No fakt, że nie brzmi to najlepiej, zwłaszcza, że niektórzy z tego grona mają jeszcze staroświeckie poglądy. - Oznajmił smutno. myśląc o moich rodzicach.
-Może na razie zróbmy małą próbę, taką, żeby zobaczyć, czy nam się uda, jeśli tak to powiemy to wszystkim, co?
-Dobrze.- Zgodził się i zanim weszliśmy do sali puścił moją dłoń.
-Nie możliwe, nasza Raura raczyła zjeść z nami obiad! Jesteśmy zaszczyceni!- Oznajmił Ell wskazując nam na wolne miejsca przy stole.
-I jak, łóżko jeszcze w całości?- Zaśmiał się jak koń, Rocky, na co nasi rodzice zadławili się wodą, którą pili.
-Rocky... Nie. -Oznajmiłam oschle.-  O to lepiej trzeba się spytać naszych ekspertów, prawda Riker?- Spytałam sarkastycznie, na co Vanessa wraz ze swoim mężem wypluła całą wodę, którą mieli  w aparacie gębowym. No ładne pornole się tu rozgrywają.
 -Rydel ty się nie śmiej, bo też jesteś w tą sprawę wmieszana.- Zawtórował Ross.- Rocky, a ty już się lepiej nie odzywaj, bo w całym hotelu było cię słychać.- Mężczyzna zwiesił głowę wraz ze swoją żoną. Było tak cicho, że można było usłyszeć bzyczenie muchy i ciche burknięcie Stormie.
-No fakt.- Przyznała.

-----------------------------------------------------------------------------
Jestem wściekła za tamten rozdział, ponieważ od wakacji myślałam o tym, że ta piosenka będzie idealnie pasować, aczkolwiek ja taka ciapa, że zapomniałam jej dodać, więc macie ja teraz. Tą piosenką jak widzicie było właśnie ,, Stay with me" Mam nadzieję, że rozdział się podoba, więc żulę o komentarze, a także przypominam o zakładce Pytanie do bohatera. :)
BYE

niedziela, 23 listopada 2014

Everybody listen to me!

Słuchajcie narody!
Jutro na czas polski o godz. 18.00 wraz z Anią organizujemy spam na tweeterze pt. #ThanksForGreatSeasionOfAustinAndAlly
Ludzie prosimy o waszą pomóc w tej akcji. Chcemy przeprosić Twórców i Aktorów za te spoilery, które wyciekły do internetu (które były zajedwabiste, wiem, bo uległam pokusie oglądania tego) oraz chcemy podziękować za wspaniały serial i trud włożony w jego przygotowanie. Także do roboty ludzie musimy być w światowych trendach! ;-)

piątek, 21 listopada 2014

Rozdział 18

Ślub Rydellington i Rikessy zbliżał się Wieeeeelkimi krokami. Obie pary zdecydowały, że zorganizują podwójny ślub, ponieważ oznacza to mniej roboty, mniejszy stres i większą zabawę, a o tą zabawę na weselu przecież chodzi. Kobiety chodziły niczym w zegarku pilnując, aby wszystko zostało dopięte na ostatni guzik: sala, kościół, kwiaty, wszystkie te dekoracje, które miały nadawać cały charakter temu wydarzeniu, ale jednak to nie one były najważniejsze. To były tylko symbole, których oczekiwali zebrani goście. Nie będzie dekoracji, goście będą cię obgadywać, będą dekoracje to i tak będą cię obgadywać. Żyjemy w takich czasach, że ludzie nie potrafią cieszyć się z najmniejszych rzeczy, więc kochankowie próbują zrobić wszystko, aby ich ślub był bezbłędny, idealny.
      Cała uroczystość miała odbyć się już jutro co powodowało, że przyszli małżonkowie nie wiedzieli w co najpierw ręce włożyć, jednak mimo tego praca szła im sprawnie i bez żadnych komplikacji. Gdy już wszystko było już PRAWIE gotowe, 2/6 grona świadków udała się na spacer, nad którym czuwał "opiekun grupy", czyli Ross, który postanowił zabrać Laurę do znajomego im oboje miejsca.
-I jesteśmy!- Oznajmił entuzjastycznie i zdjął dłoń z powiek brunetki. Dziewczyna chwilowo oniemiała z wrażenia. Tyle wspomnień na raz. To tutaj, gdy przyjeżdżała z klanem Lynchów do jej dziadków przychodzili się bawić, zapychać lodami i robić inne rzeczy podobne do tych wcześniej wymienionych.
      Dziewczyna uważnie śledziła wzrokiem każdy szczegół, który od lat pozostawał niezmienny. Trawa, tak na oko, jak zawsze równiutko przycięta, drzewa, z których pojedynczo spadały złoto- pomarańczowe liście, ławeczka, na której zawsze przysiadali jej dziadkowie, żeby pilnować rozszalałych dzieciaków, którzy bawili się, skacząc po ludzkich kościach. Oczywiście, nie dosłownie. Plac był wyłożony płytami o wysokości ok. 0,5 w kształcie ludzkiego szkieletu, po którym biegały dzieci.
      Ross zgarnął przyjaciółkę pod ramię i zaprowadził na ławkę, gdzie rozsiedli się oglądając to co się dzieje wokół nich.
-Odkąd się tu wprowadziłem, codziennie przychodziłem tutaj i zajadałem się lodami z tamtej budki.- Powiedział jakby czytał jej w myślach wskazując palcem na przyczepę, w której starszy już mężczyzna z uśmiechem na twarzy podawał maluchom lody, mimo zakazu ich rodziców.
-Pamiętałeś jak tu dojść?- spytała nie skrywając swojego uśmiechu.
-Phi, bezproblemowo mi to poszło.- Westchnął lekko oburzony.
-Yhym...
-No dobrze, może spytałem się jak tutaj dojść.- Odparł, po czym zaśmiał się lekko,  tak jakby tylko miał zamiar wypuścić resztki powietrza z płuc i pokazać swoje białe ząbki. Laura zaśmiała się razem z nim i odwróciła głowę w stronę placu nie odpowiadając nic.
-O czym myślisz?- Szepnął jej do ucha, zdając sobie sprawę, że może nie otrzymać odpowiedzi. Ona nadal wpatrując się w przestrzeń, siorbnęła wcześniej przygotowanej przez niego herbaty i odpowiedziała:
-O marzeniach. Tych co kiedyś miałam i tych co teraz mam. Myślę o tym jak się zmieniły.
-Ah, tak. To może podzieliłabyś się twoimi marzeniami, a ja osądzę, czy są one wykonalne, hmmm?
-Nie ma o czym mówić, same głupoty.
-Nie ma głupich marzeń.- Położył dłoń na jej udzie.- Chociaż... Znam jedno. Rocky chciał zapładniać storczyka.
-Nawet to zrobił.
-Proszę, już prawie wymazałem to z pamięci.- Spojrzał na nią z politowaniem wymalowanymy na twarzy.- Tooo... Jak bardzo zmieniły się twoje marzenia.- Brunetka głośno westchnęła zastanawiając się, czy jest na tyle silna, aby znieść obelgi Rossa
-Kiedyś mają największą miłością była miłość do mojej przytulanki, a teraz marzę o prawdziwej miłości. Kiedyś chciałam sypać kwatki na ślubie, a teraz chce, żeby to mi sypano kwiatki. Kiedyś marzyłam, żeby zawsze być dzieckiem, teraz marzę, aby mieć własne dzieci. - Spojrzała w oczy Rossa, który spoglądał na nią jak zahipnotyzowany.
-To kiedy mi powiesz jakie są te twoje głupie marzenia?- Spytał, czym sprawił, że Laura prawie oniemiała. Nie wiedziała, czy jest tak niedorozwinięty umysłowo, że nie zrozumiał, czy po prostu próbuje sobie zrobić z niej bekę.
-T....To są te marzenia.- Odparła niepewnie skrywając swoją twarz za zasłoną z włosów, które blondyn od razu przełożył za ucho i przykucnął przed nią tak, aby móc znów spojrzeć w jej oczy, które były skupione na oglądaniu swoich nieco już przybrudzonych, białych conversów.
-A myślisz, że o czym marzę po nocach. Marzę, o pocałunkach w strugach deszczu i o tym, żeby  zaczęło padać. Marzę o tym, żeby mieć swój własny, jak ty to mówisz? Aha ,, klan Lynchów ''. I czy ty mi powiesz, że to są głupie marzenia?
-Wiesz, to one odzwierciedlają duszę człowieka.-Zaśmiali się oboje.




-Zdrowie młodych par!- Wzniósł toast lekko już podpity wujek Dave. Wszyscy zawtórowałi mu wznosząc kieliszki do góry i wypijając całą ich zawartość jednym duszkiem. Zabawa trwała w najlepsze, cała sala tańczyła,rozmawiała, śmiała się, po prostu bawili się znakomicie, ale to był tak zwany skutek uboczny zbyt dużego promilu alkoholu we krwi.

-Odbijamy.- Oznajmił Zayn i zabrał się za taniec ze mną. Ross jak widać niechętnie odstąpił mu mnie, ponieważ już pół nocy przetańczył ze mną, więc czemu nie miałby robić tego w ciągu drugiej połowy nocy,ale zrobił to mając cały czas na nas oko. Z szatynem miło spędziłam czas na kilku tańcach oraz wyszłam wraz z nim przed salę, gdzie miał zamiar zapalić papierosa. Osobiście  nie lubiłam przebywać w towarzystwie osób palących, ponieważ twierdzę, że niszczą sobie nimi życie, ale po tym jak parę razy mnie namawiał to zgodziłam się dotrzymać mu towarzystwa.
-Pięknie dziś wyglądasz.
-Dziękuję, Perrie również.
-A co tam Perrie ja wolę brunetki takie jak ty.- Zdziwiło ją jego postępowanie, ale nie tak bardzo jak to co się stało później. Jak zwykle przyleciał Ross i co zrobił? Oczywiście przywalił mu w twarz. Rozwścieczona zostawiła szatyna, któremu sączyła się z nosa krew i pociągnęła Rossa w stronę pokoju.
-Czy możesz mi wytłumaczyć co to do cholery miało znaczyć?!
-Lau, po pierwsze nie podoba mi się to jak szanuje moją kuzynkę, a po drugie, on był nachlany, że aż nieżywy. Nie zauważyłaś jak cię rozbierał wzrokiem?!
-Więc to była okazja żeby mu przywalić?! Co w ciebie wstąpiło?!
-Może to, że się w tobie zakochałem!- Krzyknął jakby chciał mieć pewność, że brunetka go usłyszy. To zdanie sprawiło, że dziewczyna spuściła z tonu i oniemiała stała z wzrokiem wbitym w blondyna.- Tak cholernie się w tobie zakochałem! Nie mogłem jeść, nie mogłem normalnie funkcjonować, tylko dlatego, że myślałem o tym jak pięknie wyglądałabyś w białej sukni, przed ołtarzem z takim życiowym nieudacznikiem jak ja. Ahhhhh! Dlaczego musiałem ci to powiedzieć w taki sposób?! Nieważne... Jestem na siebie wściekły, że chce to zrobić, ale byłbym na siebie wściekły gdybym tego nie zrobił!-  Jedną dłonią ujął jej policzek, po czym energicznie wpił jej się w usta, przyciskając do ściany. Laura na początku nie wiedziała co się dzieje, próbowała sobie wszystko poukładać w głowie, jednak długo się tym nie przejmowała i już po chwili odwzajemniała wszystkie namiętne pocałunki, którymi blondyn ją obdarowywał. 

-Hej Delly, czemu Ross i Laura siedzą w pokoju zamiast się bawić?- Spytał jej małżonek widząc jak blondynka stoi pod drzwiami podsłuchując ich całą rozmowę.
-Wiesz... Muszą sobie to i owo wytłumaczyć.-Oznajmiła i pociągnęła Ella w stronę sali.

        Dziewczyna delikatnie poluzowała wiązanie czarnego, wąskiego krawatu, dając znak o co gra się toczy.  Kolejne części odzieży opadały na podłogę niczym krople deszczu, które właśnie uderzały o parapet. Nie liczyło się dla nich nic, to że ich rodzice mogą zauważyć, że zniknęli, to że nie zakluczyli drzwi i w każdej chwili ktoś może wejść do ich pokoju i ich przyłapać na gorącym uczynku. Rozumieli się bez słów i woleli, żeby tak zostało. Po tym jak para kochanków uznała, że stanie pod ścianą jest już niewygodne, nie przerywając pocałunku, w samej bieliźnie przeniosła się na łóżko, gdzie mieli kontynuować całe te zajście.


       Oboje leżeli częściowo okryci zmierzwioną pościelą, która zakrywała ich "kluczowe miejsca". Przez duże okno szeroko przedostawały się promienie słoneczne, które lekko raziły ich w oczy, lecz nie przejmowali się tym za bardzo, aby nie przerywać tej chwili. Laura leżała na boku mocno wtulona w tors blondyna, gdy ten obejmował ją, jego silnym ramieniem. Mogliby tak leżeć wieczność, ale Laura zdała sobie z czegoś sprawę i owijając się kocem leżącym koło łóżka, wstała z niego, ale wcześniej Ross zdążył złapać ja za rękę i zatrzymać.
-Gdzie idziesz?
-Było miło, ale to był impuls, ty wypiłeś dużo alkoholu, byłeś zdenerwowany, a to całe zdarzenie nie powinno mieć w ogóle miejsca.
-A kto powiedział, że wypiłem w ogóle jakiś alkohol?- Powiedział uwodzicielskim głosem i pociągnął ją spowrotem do łóżka, gdzie obdarował ją licznymi pocałunkami.

-----------------------------------------------------------------------------------------
O gosh!  Skończyłam i się z tego cieszę. Tak bardzo czekałam na ten rozdział, a i tak go spieprzyłam. W moich myślach wyglądał on lepiej ( :P ),  ten rozdział praktycznie miałam w głowie już jak założyłam tego bloga i wiedziałam, że za wszelką cenę muszę go napisać! Piszcie w komentarzach, czy wam się podoba i czy chcielibyście, żeby Ross i Laura ukrywali swój związek, czy nie :D
BYE, BYE!

środa, 19 listopada 2014

Piszemy :)


Jak widzicie nie próżnuję, rozdział 18 jest w toku pisania. Tak, wiem, że nie pisałam ponad tydzień, ale mam wytłumaczenie :) Weny brak, w poniedziałek internetu brak, a we wtorek czasu brak :P

niedziela, 9 listopada 2014

Rozdział 17

...Kochana jesteś piękna jak nigdy wcześniej...To nic, że czyścisz kible...Ino brać...- Krzyknął Rocky gwałcąc storczyka i gładząc delikatnie jego twarde liście. W tym samym momencie kamerzystka zwróciła się w stronę Rikera, który tarzając się wraz ze swoją narzeczoną śpiewał:
-Czorno, chcesz być ciężarno?- Na co Ellington wlewając w siebie kolejny kieliszek alkoholu odpowiadał do Rydel:
-A Blondyna chce mieć syna!- Najbardziej bałam się momentu, w którym zobaczę siebie i Ross'a... O nie...
-Moja ciocia z Ameryki ma samochód bardzo dziki, jeździ nim jak na krowie i udaje pogotowie. Moja babcia jest kucharką, robi kluski betoniarką, a mój dziadek jest górnikiem kopie węgiel pod śmietnikiem!- (Proszę o nie kopiowanie powyższego tekstu, gdyż jest on dziełem autorskim moim i mojego kochanego kuzyna, więc bylibyśmy szczęśliwi, gdyby nikt poza naszą zgodą nie używał tej piosenki, dziękujemy- od aut.)- Śpiewałam (wydzierałam się przekrzykując wszystkich) do melodii ,,Cztery razy po dwa razy" ujeżdżając na plecach Ross'a, który chwiejnym krokiem przeciskał się między meblami, a pół żywymi ludźmi, których zapewne kac zabije na następny dzien. Tak... To zupełnie zmieniało mój pogląd na niektórych ludzi, szczególnie na siebie.
Wszyscy, którzy obejrzeli to nagranie chowali swoje twarze w dłoniach próbując ukryć zażenowanie, które z każdą chwilą ukazywało się w postaci palącej suszy w gardle oraz natrętnego bólu głowy, który próbowano zwalczać zatapiając swoje zasuszone wargi w wodzie zmieszanej z calcium. Dopiero po dość długim czasie spędzonym na spoczywaniu na chłodzącej w plecy, dębowej podłodze z okładem na czole, odurzenie poalkoholowe zaczęło ustępować. Powoli... Wraz z mijającym kacem także mijało zażenowanie powiązane z felernym nagraniem, które teraz zdawało się być bardziej komedią, niż torturą charakterem podobną do odbierania porodu u świnki morskiej.
-Nigdy więcej nie zostawimy was samych w nocy z kluczem do barku.- Oznajmiła Stormie krzyżując ręce na piersi, na co nasz klub AA głośno stęknął potwierdzająco. Za nią do domu po kolei weszli: Mark wraz z Casperem i Josephem oraz moi rodzice?
-Mama,tata? A co wy tutaj robicie?- Spytałam próbując odwrócić ich uwagę od tego całego majdanu.
-Przyjechaliśmy, ponieważ nasza córka bierze ślub, więc chyba logiczne, że przyjechaliśmy do niej na wesele.
-Mamo, spokojnie, przecież ja z Rossem to tylko na niby...
-Idiotko, ona mówiła o mnie.- Westchnęła Vanessa widocznie zdegustowana moją głupotą.
-Mamo, mamo! Patrz znalazłem balonik!- Rozradował się Joe podchodząc do tajemniczego obiektu.
-Nie!- Krzyknęli wszyscy na co brunet widocznie się przestraszył i pobiegł w objęcia swojej babci.
-Możecie mi powiedzieć co to coś tu robi?
-Jakby to ująć? Rocky zapładniał roślinę...- Ross ujął to w tak mądry sposób, że wszyscy mogli wyczytać z jego wypowiedzi to ile wczoraj wypił.- Płciowo zapładniał roślinkę, ale i tak wiemy, że ten związek nie przetrwa.
-Dlaczego?!- Zaprotestował wcześniej wymieniony 100% mężczyzna.
-Bo storczyk to rodzaj męski, a z tego co wiem z nieprzespanych lekcji biologii: Komórka męska musi połączyć się z żeńską komórką. Musiałbyś być Conchitą Wurst żebyś mógł zostać ojcem po raz drugi.
-Ellen nie narzeka na moją męskość, prawda kochanie?- Ta nie odpowiedziała na pytanie ówcześnie zadane przez jej męża, gdyż nie chciała jeszcze bardziej kompromitować się przed swoimi teściami oraz zupełnie nie znanymi osobami.



-Kochanie możesz mi powiedzieć co jest między tobą, a Rossem?- Spytał moja mama, widząc, że spokojnie już samodzielnie mogę wypowiadać bardziej złożone zdania niż ,,TAK" lub ,,NIE".
-Spokojnie mamo to nic poważnego, po prostu próbujemy wrócić do dawnych relacji, dawnej przyjaźni, która nas łączyła, tyle że teraz jesteśmy już dorośli i takie sprawy inaczej załatwiamy niż w piaskownicy bijąc się połamanymi częściami łopatek i foremek do piasku.- Na samą myśl wzdrygnęłam się roześmiana próbując nie zwymiotować na widok dezynfekcji przez braci Lynch pechowego storczyka.
-Jasne...- Powiedziała klepiąc mnie po ramieniu i po chwili zniknęła gdzieś w kuchni rozmawiając z mamą Lynch o przepisie na murzynka.
-Tak wiem mamo, sama w to nie wierzę...- szepnęłam do siebie.

--------------------------------------------------------------------
Wy nawet nie wiecie jaki przypływ weny naszedł na mnie o 23, podczas tego gdy moi dziadkowie szaleli na ulicy śpiewając ,,Hej sokoły" i budząc wszystkich sąsiadów po ciszy nocnej. A ja stałam za nimi ubrana w piżamę (chora jestem, ból gardła sprawił, że gadam zachrypniętym głosem dwie oktawy niżej niż normalnie) i próbując ich uspokoić, niestety na marne. Nevermind. Mam nadzieję, że rozdział wam się podoba, w takim razie komentujcie, a ja spadam!
Ciao!

sobota, 8 listopada 2014

Rozdział 16

A oto zwycięski rozdział, który napisała Ania Fanka! Zapraszam do czytania :)

Laura
Reszta koncertu minęła mi wyśmienicie. Każdy bawił się wspaniale i nikt nie mógł uwierzyć, że to koniec koncertu. R5 pożegnało fanów ostatni raz, po rozdaniu autografów i zebraliśmy się w garderobie.
-Było czadowo!- krzyknął Ellington i przybił "piątkę" z Rockym
-Koncerty zawsze są super, gdy są w gronie przyjaciół.- rzekł bardzo mądrze Riker, a wszyscy się z nim zgodzili
-Dobra, to co teraz robimy?- zapytał Ross
-Co powiecie na pub?- zaproponowała Van
Już po kilkunastu minutach siedzieliśmy przy stoliku i piliśmy drinki. Niektórzy zamówili mocniejsze, czyli chłopcy, a my z dziewczynami słabsze.
-Chodźcie tańczyć.- rzucił Ellington i pociągnął Delly na parkiet
Razem z nami było jeszcze kilka znajomych Lynchów, więc każdy miał z kim tańczyć. Ja oczywiście zostałam porwana przez Ross'a. Świetnie się nam bawiło.
-Zapytam po raz drugi. Wyjdziesz za mnie? Tańczysz bosko.- usłyszałam głos blondyna, tuż przy moim uchu
-Ha ha.- zaśmiałam się
-W końcu jesteśmy zaręczeni.- kontynuował dość żartobliwie
-Ta.- odrzekłam, a na myśl o wydarzeniach z tamtego wieczoru uśmiechnęłam, a zaraz posmutniałam i wtuliłam się w klatkę piersiową chłopaka
-Sory, nie chciałem.- powiedział z troską i mocniej mnie objął
-Jest okay. Idziemy po coś mocniejszego?- zmieniłam temat i oderwałam się od niego
-Tak.- odparł i poszliśmy zamówić wspomniany napój
Za barem stał przystojny brunet, który szeroko uśmiechnął się  na mój widok, co nie spodobało się mojemu "narzeczonemu"
Pomimo to odwzajemniłam gest i złożyłam zamówienie.
-Dwa razy Ognisty Sok.- rzekłam i usiadłam na obrotowy krześle razem z Rossem, co chwilę spoglądając na przystojnego barmana
-Proszę.- powiedział i podał nam drinki
-Dzięki.- rzekłam, a kiedy blondyn zapłacił poszliśmy do stolika
-Co tak patrzyłaś się na tego chłopaka, hę?- zapytał Ross i zmarszczył czoło
-A co to za pytania?- odpowiedziałam pytaniem i również uniosłam brwi, a on oniemiał
-Jesteś zazdrosny?- zadałam kolejne pytanie
-Rossy jest zazdrosny, Rossy jest zazdrosny.- powtarzałem te słowa jak mała dziewczynka, która kłóciła się o lizaka
-Nieee.- odpowiedział, a ja przysunęłam się bliżej niego i położyłam mu rękę na kolanie
-Na pewno?- poczułam jego zdezorientowanie
-Ja... Jaa...- za jąkał się i wybuchłam śmiechem
-Przecież żartowałam.- wyjaśniłam mu i lekko odsunęła się, zabierają rękę z jego nogi
-Ach...- zaśmiał się i wziął łyk "soku"
Kiedy wypiliśmy swoje drinki, poszliśmy ponownie na parkiet. Tym razem tańczyliśmy trochę odważniej. Myślę, że to za sprawą alkoholu. W pewnym momencie jakiś chłopak chciał mnie odbić Rossowi. On jednak odgonił go i dalej tańczył ze mną. Zmęczeni usiedliśmy ponownie za stolikiem z drinkami w towarzystwie przyjaciół.
-Raura nareszcie wróciła.- zaśmiał się Riker
-Zazdrościsz?- odezwał się mój "narzeczony", a najstarszy ucichł i pozostali wybuchli śmiechem
Kilkadziesiąt minut później wracaliśmy do bazy, czyli domu Lynchów. Każdmu udzielał się procent, więc było dość zabawnie. W takim nastroju doszliśmy do domu. Co się działo dalej nie pamiętam, ale czuję, że było zarąbiście!
***
Następnego dnia obudziłam się z okropnym bólem głowy. Od razu rozpoznałam, że to pokój Rydel. Dlatego też nie martwię się, co robiłam wczoraj. Zastanawiał mnie tylko fakt, dlaczego mam na palcu pierścionek Ross'a.
-O wstałaś już. Na biurku masz wodę i aspirynę. Ja będziesz gotowa chodź na dół.- rzekła Ryd i wyrwała mnie z zamyśleń
Za nim zdążyłam cokolwiek powiedzieć blondynka wyszła. Wstałam wzięłam tabletkę i poszłam wziąć szybki prysznic.
Ogarnięta zeszłam na dół, do kuchni.
-Hej!- przywitałam wszystkich i usiadła, uprzednio nalewając sobie kawy
-Cześć Lau!- odpowiedzieli chórkiem, na co szeroko się uśmiechnęłam
Reszta śniadania minęła mi bardzo miło. Wszyscy wspominali wczorajszą noc. Nawet nie wiedziałam, że filmik, który nagrała znajoma Rocky'ego tak wpłynie na mój obraz postrzegania niektórych osób...