środa, 31 grudnia 2014
Today is New Year Eve!
Cieszmy się narody...
Emocje jak na grzybobraniu...
Nie no, żartuję...
Mam nadzieję, że bawicie się przewybornie, ponieważ ja oczywiście :P
W moim pokoju jedzie whisky, potem i smarkaczami, if you know what I mean. :D
W każdym razie życzę wam prosto z serca, aby pikolo wam smakowało, aby w tej nocy złapał was taki skurcz, że popłaczecie się z bólu oraz, tak naprawdę życzę wam, aby ten rok 2015 był rokiem lepszym niż poprzedni. Żeby wam dopisało zdrówko, szczęście, miłość i pieniądze. Tego wam właśnie życzę :D
sobota, 27 grudnia 2014
Rozdział 22
-Spokojnie?! Mój tata umiera, a ja mam być spokojna?!- Krzyknęłam na niego, żeby wyładować się emocjonalnie, chociaż wiem, że nie jest on niczemu nie winien.
-Przepraszam.- Westchnął.
-Nie, to ja przepraszam.- Poprawiłam się.- Po prostu jestem zdenerwowana.
-Jasne, rozumiem. W twoim przypadku pewnie zachowałbym się jeszcze gorzej.- Oznajmił, próbując pokazać mi lekki uśmiech, co nawet jemu to nie wychodziło.- Cholera!- Warknął ponownie, kilkakrotnie ciskając w klakson.- Nie możemy tak, to zrobimy to inaczej.- Mruknął jakby sam do siebie i zjechał na przeciwny pas, 3- pasmowej drogi ekspresowej. Z zawrotną prędkością mijał innych kierowców, którzy pędziły w naszą stronę, trzaskając w klakson i prawdopodobnie klnąc na cały regulator.
Nie dziwię im się. Gdyby nie to, że chcę jak najprędzej dojechać do szpitala, już dawno odrąbałabym Rossowi głowę tępym nożem, za łamanie przepisów i stwarzanie masakrycznego zagrożenia sobie i innym ludziom. W końcu Ross znalazł jakiś nieznajomy mu wcześniej zjazd do lasu, gdzie bez wahania skręcił i zwolnił trochę tempo jadąc ścieżką wśród alejek drzew. Tej nocy wszystko wydawało się inne, bardziej jak z horroru. Księżyc w pełni, który świecił na kruczo- czarnym niebie, na którym nie było żadnej gwiazdy oraz te ponad 15 metrowe drzewa, które zdawały się przechylać w naszą stronę. Gdy już stosunkowo, część moich emocji uszła razem z dwutlenkiem węgla i częścią tlenu prosto z mojego układu oddechowego, spoglądałam na szaleńczo rozbijające się na przedniej szybie krople deszczu. Wszystko wydawało się być już bardziej ustatkowane. Inaczej w samochodzie, a inaczej poza nim. Już powoli myślałam, że to wszystko było tylko głupim, zmyślonym przeze mnie koszmarem, z którego, jak zawsze miałam się wybudzić. Jednak uświadomiłam sobie, że ten koszmar dzieje się naprawdę. Stało się to w momencie, gdy ogromne drzewo zwaliło nam się na drogę ledwo 12 m od nas. Jedyne co usłyszałam to donośny pisk opon, dźwięk wgniatającej się w kłodę drzewa maski oraz walenie o kamienie metalowych kołpaków. Po zaledwie tych 2 sekundach film mi się urwał.
Vanessa
Wszyscy siedzieliśmy jak na stypie, oczekując aż z sali wyjdzie lekarz z dobrymi lub nieco gorszymi wieściami. Cisza, niepokój i ciche pochlipywanie mamy, tylko te czynności udawały się naszym organizmom wykonać przed zgonem psychicznym. Każdy już myślał, że zniesie jajka. Na szczęście znalazłam oparcie w Rikerze. On mimo tego, że też był zdołowany niczym zbity pies, potrafił jeszcze mnie podnieść na duchu, szepcząc jakieś czułe słówko.
Po 30 minutach czekania, drzwi się uchyliły, a z pomieszczenia wyszedł już lekko osiwiały lekarz, poprawiając rękawy kitla.
-Z pacjentem wszystko już w porządku, leki zaczęły działać.- Momentalnie uszło z nas całe zalegające w płucach powietrze i zmieszało się ze smrodem antybiotyków.- Pan Marano miał tylko przednie stadium zawału, ale z jego wcześniejszymi problemami z sercem mogło się to skończyć no... Nie za dobrze.- Wytłumaczył uśmiechając się spod jego bujnej, czarnej brody, po czym dodał:- Pacjent jest przytomny. Może go odwiedzić tylko jedna osoba, ale proszę pamiętać, że pacjent jest po dużej dawce leków i jest słaby.- Powiedział i odszedł.
-Dzwońcie do Laury i do księdza, że to fałszywy alarm.
-Dzwoniłaś do księdza?
-Wiesz... Tak na wszelki wypadek.-Odparła mama. Westchnęłam i wyciągnęłam telefon, aby zadzwonić do siostry. Poczta głosowa... Ughhhhh! Jak ja tego nienawidzę!
-Nie odbiera.
-Na pewno wyłączyła telefon.- Powiedziała mama, ciągle mając dobre nadzieje w stosunku do córki.
-Nie mamo, Laura taka nie jest.- Próbowałam dalej dodzwonić się do niej, ponieważ uważałam, że to nie podobne do niej. Znając ją to zaczęła histeryzować na oczach Rossa i czem prędzej go popychała, aby zawiózł ją do ojca. Nawet użyłaby na nim przemocy fizycznej, byleby tylko znaleźć się koło rodziców. W tym wszystkim ją podziwiałam. Potrafiła stanąć w obronie swojej rodziny, nawet za najcięższą cenę, a to ogromny dar, którego nigdy nie udało mi się ukazać z mojej strony. Tak więc wydawało mi się to ogromnie dziwne, że nie dało się do niej dodzwonić.
-Ross też nie odbiera.- No super! I jak tu się nie martwić, co? Może jednak ksiądz będzie jeszcze potrzebny, zanim ja zejdę z tego świata na zawał, albo bezdech w oczekiwaniu na siostrę. Wraz z Rikerem ustaliłam, że mama najpierw pójdzie do taty, a my poczekamy na nasze rodzeństwo. Mama chętnie przystąpiła na ten układ i już po chwili wparowała do sali. Natomiast my poszliśmy do holu głównego, gdzie zamierzyliśmy kupić sobie solidną kawę z automatu niedaleko recepcji.
Riker objął mnie ramieniem i oboje w ciszy sączyliśmy napój kofeinowy z plastikowego kubeczka. Wtem na salę wjechało około 6 lekarzy, pchając na noszach jakieś 2 osoby.
-Mężczyzna 23 lata, kobieta również. Mieli wypadek. Piątka w skali śpiączki Glasgow. Urazy wewnętrze jeszcze nieokreślone.
-Jak mają na imię? Muszę ich wpisać do kartoteki.- Krzyknęła zza blatu jakaś piguła.
-Ross Lynch i Laura Marano.- Riker zszokowany, ocknął się i pobiegł za lekarzami, lecz już po chwili wrócił ze łzami w oczach. Sama zaczęłam płakać i wtuliłam się w jego wątłe ciało.
-Widziałem ich... Lekarze mnie do nich nie dopuścili. - Wydukał przez łzy- Nie chcę znów stracić najmłodszego brata!- Warknął dławiąc się swoimi łzami.
----------------------------------------------------------
Oj zmęczyłam się! Nawet nie wiecie ile kubków herbaty wypiłam pisząc to. Mój 2 miesięczny limit. (nie piję za dużo herbaty)
Ale wam rozdział- porażka zgotowałam na święta, c' nie? Miał być w ramach przeprosin świąteczny OneShot, ale jeszcze się pisze i nie wiadomo, czy się pojawi.
Trochę ciężko mi się piszę o jakieś katastrofie, wolę pisać o czymś weselszym, ale chciałam trochę akcji narobić :D
Jak tam święta? Prezenty, pełne dupy, czy raczej bolące od rózgi? Miałam wam życzenia złożyć, ale tak wyszło, że w tej świątecznej plątaninie, miałam brak internetu, no ale cóż, jeszcze został Sylwester. :D
Mam nadzieję, że rozdział was nie zdołował za bardzo i zostawicie komentarz, bo ostatnio kiepsko z nimi było. Jeśli wam się coś nie podoba walcie w komach, a ja się dostosuje, nawet nie wiecie jakie takie konstruktywne uwagi są potrzebne. :P
Poza tym poznajecie tego pana? Tak, to on śpiewał LAST CHRISTMAS :D :
czwartek, 18 grudnia 2014
Rozdział 21
-I jak mamo?- Domagałam się konstruktywnej opinii mojej matki w wyborze sukienki na dzisiejszy wieczór, jednak ta sukienka, jak poprzednie 6, kupionych na Zalando, nie była dla niej adekwatna dla danego wydarzenia. Już tłumaczę jakiego. Jakieś 2 tygodnie temu zakończyły się prace nad filmem ,,Gwiazd Naszych Wina" i dzisiaj odbywa się pierwsza, długo wyczekiwana premiera. Będą media, prasa, wszystko czego wschodząca gwiazda kina, taka jak ja, zapragnie.
-Dlaczego, ta akurat też się nie podoba?- Spytałam już załamana ciągłym zdegustowaniem mojej rodzicielki.
-No to przez ten dekolt, który jest za duży, tak samo jak to nacięcie na plecach.- Wskazała na wcześniej wymienione części mojej odzieży.
-Według mnie ciocia wygląda super!- Zawołał wesoło mój siostrzeniec, uradowany na ramionach swojego świeżo upieczonego taty.
-Nooo... Ciocia, wyglądasz powalająco.- Zawtórował Riker poprawiając swoje okulary.
-Erotomani.- Burknęła moja mama zwracając się w stronę drzwi, gdzie jeszcze przed sekundą rozległ się dzwonek, uprzedzający przed nadejściem gościa. Zostałam sama przed lustrem i poprawiałam swoją sukienkę, ukradkiem podsłuchując rozmowę mojej mamy z przybyszem.
-Dobry wieczór.
-Ross wyglądasz niezwykle dostojnie.- Przyznała moja mama z podziwem.
-Dziękuję Pani Marano, ta pochwała niezwykle mnie uszczęśliwia.- Odparł gentelmeńskim slangiem, po czym mama zaprosiła go do środka. Im bardziej słyszałam stukot jego włoskich butów, tym prędzej biło moje serce. W końcu zobaczyłam go w progu drzwi do pokoju. Stał w bezruchu, płytko oddychając, nic nie mówiąc, wpatrując się prawdopodobnie we mnie. Wnioskując z tej postawy oraz dzięki mojemu doświadczeniu (nie temu życiowemu, tylko temu nabytemu oglądając całodzienny maraton komedii romantycznych) uświadomiłam sobie, że oniemiałam go swoim wyglądem. On też- skromnie mówiąc- oczarował mnie tym jak wygląda. Stał ubrany w idealnie skrojony na niego garnitur ze skórzanymi wstawkami na marynarce, pod którym skrywała się biała koszula, która opinała się na jego perfekcyjnie wyrzeźbionym brzuchu. Oczywiście, iż Ross ceni sobie wygodę, jego koszula nie była dopięta na ostatni guzik. Do tego na głowę włożył tek kapelusz, w którym ostatnio mnie nawiedził, zapewne chcąc mi przypomnieć tamten dzień. No i oczywiście, na stopach miał wcześniej wspomniane włoskie, skórzane półbuty, których stukot, sprawiał, że moje serce biło szybciej. Co tu dużo mówić, dla mnie, kobiety, która uwielbia elegancko ubranych facetów, Ross sprawiał wrażenie idealnego.
-Wow... Laura, wyglądasz, wow...- Tylko tyle zdołał wydusić w sprawie ocenienia mojego wyglądu, lecz w jego ustach brzmiało to jak najpiękniejsza pieśń śpiewana przez syreny. (dla nie wtajemniczonych, w mitologii syreny wabiły swoim pięknym śpiewem żeglarzy, po czym ich statki rozbijały się na pobliskich skałach- od aut.)
-Dziękuję, również wyglądasz świetnie.- Odparłam i zadowolona podeszłam do Rossa, który jeszcze wpatrywał się w miejsce, w którym przed sekundą stałam i oznajmiłam, że jestem gotowa do wyjścia. Blondyn potrzebował chwili zanim te istotne informacje zamieniły się w czyn, a już po chwilę później siedzieliśmy w czarnym Porsche. Dopiero teraz skapnęłam się, że za każdym razem jedziemy innym samochodem.
-Każdy pasuje na inną sytuację.- Odpowiedział jakby czytał mi w myślach.
-Tak w ogóle to gdzie ty mnie wieziesz i dlaczego godzinę przed premierą?
-Zobaczysz.- Powiedział krótko z chytrym uśmieszkiem na twarzy. Powoli zaczynam się go bać.
Minęło może z 30 minut, a samochód Rossa się zatrzymał.
-Jesteśmy już na miejscu.-Oznajmił z uśmiechem. -Spokojnie.- Odparł po chwili . -Tym razem będzie to normalna niespodzianka.- Zaśmiał się i pobiegł mi otworzyć drzwi niczym gentelmen, za którego się dzisiaj uważał.
Gdy wysiadłam z samochodu blondyn delikatnie ujął moją dłoń, po czym poprowadził mnie przez ładnie oświetloną małymi żarówkami alejkę drzew prosto na patio jakiegoś ogrodu.
-Ross, co my tutaj robimy?- Spytałam zaniepokojona.- Czy to przypadkiem nie nazywa się włamaniem na czyjąś posesję?
-Może...
-Ross!- Warknęłam zdenerwowana patrząc jak blondyn się tym w ogóle nie przejmuje, na co on się tylko bardziej roześmiał.
-Dobrze, dobrze. To parcela mojego kuzyna. Pozwolił mi tu trochę namieszać.
-Twój kuzyn mieszka w pałacu.- Westchnęłam z zachwytem, dokładnie oglądając każdy szczegół tego miejsca.
-Oj tam, od razu w pałacu. Ten dom jest tylko adekwatny dla zwykłego, światowej klasy tancerza.
-Sądząc po tym, że jesteście spokrewnieni, to jest on striptizerem.
-I tu cię zaskoczę, że, iż ma on warunki na striptizera to tańczy w Dancing With The Stars.- Odpowiedział i zaprowadził mnie do drewnianej altanki, przystrojonej takimi samymi lampkami jak ówczesne drzewa, po czym zniknął. Po chwili rozległy się pierwsze dźwięki, piosenki, którą uwielbiałam.
środa, 17 grudnia 2014
Wolę was uprzedzić...
Tak więc rozdział się piszę, ale może to jeszcze potrwać, więc trzymajcie się ciepło i czekajcie na rozdział.
Have a nice day and see ya!
środa, 10 grudnia 2014
Moja nieuleczalna choroba...
Blog Ani Fanki
niedziela, 7 grudnia 2014
Rozdział 20
Nareszcie w domku! Jak cudownie! Ta swoboda, można robić co się tylko chce, spać do południa, lazić po domku w samej bieliźnie z pilotem w ręce, drapiąc się po własnym tyłeczku, normalnie...
-Kochanie, gdzie jest nasz pokój?- No tak... Zapomniałam o moim zacnym gościu.
-Mamo wasz pokój jest na przeciwko mojego, tuż obok łazienki.
-Dzięki.
-Laur...
-Tato, spokojnie, telewizor w pokoju ma 127 kanałów, a serwis informacyjny jest na 38.
-Dziękuję kochanie!- Krzyknął uradowany faktem tata, wlatując niczym torpeda do ich sypialni. Właśnie podpisałam z rodzicami umowę na czas nieokreślony. Super! Tsa... Pałam emocjami jak na grzybobraniu. No nic...
Rzuciłam dużą, sportową torbę tuż przed wyspę kuchenną i zajęłam się przygotowaniem sobie solidnej kawusi, po czym wygodnie rozsiadłam się w fotelu, zatopiłam swoje wargi w ciepłym napoju i zaczęłam delektowanie się chwilą ciszy, która nie towarzyszyła mi już od 2 dni, a tak bardzo jej potrzebowałam. Nie wierzę, że to mówię, ale tęskniłam za spokojem i wręcz pragnęłam, aby trwał jak najdłużej, szczególnie po tym co się wydarzyło, a wydarzył się dużo. Przez głowę ciągle pałętały mi się wątpliwości. Czy nie za szybko na związek z Rossem? Co prawda znamy się już kupę czasu, całe nasze jakże niezwykłe życie, lecz tak naprawdę to nie wiemy o sobie nic. Przez ten czas nasze aspiracje, pasje, nasz gust, mogły się definitywnie zmienić. Chociaż, znowu tak wiele nie mogło się zmienić. Tak myślę... Jedyne co wiem na 100% to, to, że Ross mnie kocha, ja nie jestem pewna swoich uczuć do niego, a tamtej nocy w pokoju, nie wiadomo z jakiego powodu, leżały 3 prezerwatywy. Przecież to normalne, po prostu obsługa hotelowa do każdego zamówionego szampana dodaje jedną paczkę magicznych gumek. No przecież logiczne, nie? Nevermind...
-Laura, babcia Elisabeth przyjedzie za pół godziny.- Zagłuszony przez dźwięki wydawane przez telewizor, głos mojej matki doszedł prosto z ich sypialni do moich uszu. Kuźwa! Są tu zaledwie 30 minut i już spraszają gości. Mini spędzik rodzinny. Oł je! (Oh Yeah- od aut.)
-Przepraszam, że tak napadam, ale po powrocie z wesela nie zdążyłam na mój pociąg do Littleton i coś czuje, że zostanę tutaj 1 dzień.
-Super.- Odparłam udając niezwykłą ekscytacje, co jednak nie wychodziło mi najlepiej. Siedzimy tu już 2 godziny, a czuję się, że stukać mi już 50- siątka. Jedyna rzecz, która uratowała mnie od gadania o mocherowych beretach, to dzwonek do drzwi.
-Ja otworzę!- Rzuciłam i pobiegłam czem prędzej otworzyć zacnemu wybawcy. Zdziwił mnie widok, gdyż w drzwiach, w kapeluszu, skórzanej kurtce, z różą w ręce, stał Ross, który pocałował mnie przelotnie, ewidentnie oczekując na coś więcej. Przepchnął mnie, całując przez pół korytarza do momentu, aż oparłam się pokusie i odkleiłam się od niego.
-Słuchaj, moja rodzinka jest w salonie, więc raczej nie spotkamy się dzisiaj.- Szepnęłam prowadząc go do wyjścia, pocałowałam go w policzek i zamknęłam za nim drzwi. Dziękuję ci mamo, właśnie spieprzyłaś pierwszy dzień mojego związku. Zawsze wiedziałaś co dla mnie najlepsze. Dziękuję!
-Kto to był?- Spytała mnie moja, jakże kochana rodzicielka.
-Ulotki.- Skłamałam.- Źle się czuję. Idę się położyć do sypialni.- Oznajmiłam i wbiegłam po schodach na górę, prosto do mojej oazy spokoju i rzuciłam się na łóżko.
-Ughhhhh!-Westchnęłam- Aaaa!- Krzyknęłam kiedy usłyszałam stukanie w szybę od mojego wejścia na balkon. Energicznie zwróciłam głowę i pobiegłam otworzyć blondynowi, który marznął na dworze.
-Co ty tutaj robisz?
-Kochanie zapomniałaś róży.- Uśmiechnął się, po czym wręczył mi czerwony kwiat.
-A..a... Ale jak ty tu wszedłeś?- Spytałam nie ukrywając mojego zdziwienia.
-Normalnie, wdrapałem się na to drzewko, no a potem hop na balkon. Tak wiem, jestem boski.-Odparł dumny. - Wiesz co? Tęskniłem.- Przecisnął mnie bliżej do siebie, a ja zarzuciłam mu ręce na szyję.
-Niemożliwe.- Odparłam z przekąsem.
-Ależ tak. Taką kobietę to jedynie jak najprędzej porwać ją, zabrać do Vegas, wziąć szybki ślub i starzeć się siedząc w fotelu, wychowując gromadkę wnuków.
-Z tego co wiem, to żeby mieć gromadkę wnuków, trzeba mieć najpierw gromadkę dzieci.
-Wiesz co? Właśnie nad tym pracuję.- Odparł subtelnie zadowolony, po czym widząc jak się śmieję, wziął mnie w jego umięśnione ramiona, parę razy zakręcił mną w powietrzu i rzucił na łóżko, po czym sam się położył koło mnie i oparty na ramieniu, wpatrywał się w moje oczy.
-O czym myślisz?- Spytałam zahipnotyzowana jego czekoladowymi tęczówkami.
-Zastanawiam się co najpierw z tobą zrobić. Pocałować, czy lepiej będzie cię od razu porwać do Vegas.
-Najpierw mnie pocałuj, a do samochodu sama ci wsiądę.
-Pani życzenie dla mnie rozkazem.- Powiedział i bez wahania uczynił to co mu zaproponowałam. Wpił się w moje usta, lecz chyba mu było nie wygodnie, ponieważ przeniósł się z pozycji bocznej na pozycję dominującą nade mną, czyli znalazł się na mnie. W pewnym momencie drzwi się otwarły, ledwo zobaczyłam w nich sylwetkę mojego ojca, a drzwi się od razu zamknęły.
-Ross chowaj się!- Szepnęłam w pośpiechu wiedząc, że na jednym wejściu mojego ojca się nie skończy i zaczęłam wpychać mojego Romea pod łóżko. Tak jak przeczuwałam, wrota ponownie się otwarły, a do pokoju wszedł mój tata.
-A...a... Laura?
-Tak tatku?
-Czy przypadkiem nie ma u ciebie żadnego mężczyzny?- Spytał, łudząc się, że i tak powiedziałabym mu prawdę.
-Nieeee- Kurde, powiedziałam to zbyt mało wiarygodnie. Zawsze tak mam gdy kłamię, daje taki niewiarygodny pisk na końcu zdania- Skąd taki pomysł?
-Bo mi się wydawało, że widziałem tutaj Ross'a.- Oznajmił poddenerwowany, chodząc po całym pokoju w poszukiwaniu mojego "kochanka". Najpierw przejrzał wszystkie kąty, potem zajrzał do szafy, później zobaczył wyjście na balkon, a na koniec już chciał zobaczyć, czy czasami ten tajemniczy mężczyzna nie znajduję się pod nim, ale skończyło się na tym, że mojemu tacie coś strzeliło w kolanie i zwijając się z bólu, wstał na równe nogi.
-Tatku, co to miało być?- Spytałam pod nosem podśmiewując się z nieudanego planu taty.
-Nic, nic. Ja.... Zgubiłem moją... soczewkę! Tak, soczewkę.
-Ale po co ci soczewka, przecież masz na nosie okulary.
-No widzisz, nie widzę gdzie zgubiłem moją soczewkę, więc muszę nosić to i to.
-Dobrze, dobrze.- Zaśmiałam się.- Rada na przyszłość. Nie pij z babcią więcej wina z mojego barku, ok?
-Jasne.- Powiedział i skołowany wyszedł z mojej sypialni. W tym samym momencie spod wyra wyczołgał się roześmiany blondyn.
-Soczewka, serio?
-Tak wiem. Z poziomu adrealiny rozwaliło mi łeb, wysadziło mi cycki, muszę ochłonąć.- Zaśmiałam się jak niepełnosprytna i po chwili dodałam- No dobrze to do Vegas wybierzemy się kiedy indziej, na chwilę obecną, żeby podtrzymać nasz związek w tajemnicy, muszę cię znów wygonić z mojego domu.
-No nie w takiej zupełnej tajemnicy. Po pierwsze twój ojciec się czegoś domyśla, już prawie mnie nakrył, a poza tym to Delly wie.
-Rydel?! Powiedziałeś jej.
-No nie zupełnie.
-Czyli?
-Powiedziała, że "przypadkowo"- mówiąc to zrobił cudzysłów w powietrzu.-... Przechodziła obok twojego pokoju i "przypadkowo" podsłuchała naszą ''rozmowę''.
-Delly pewnie wszystko wypapla.
-Powiedziała, że będzie się pilnować, żeby nikomu nic nie powiedzieć.
-Oby...
-Wiesz co jeszcze powiedziała? Że pasujemy do siebie jak pięść do twarzy. (czyli idealnie- :P- od aut.)- Oznajmił i wychodząc na balkon szybko mnie pocałował i gdzieś zniknął, zeskakując z gałęzi na gałęź.
-Jak pięść do twarzy.- Powiedziałam sama do siebie.- Tak, dokładnie...
----------------------------------------------------------------
O Luju! Już pieprzę się z tym rozdziałem od środy i wreszcie go napisałam. Czy wy czujecie tą moją euforię. Tsa, ja też nie. Tak samo jak ze świętami. Gdyby nie to, że wcinam teraz mandarynkę i słucham soundtracku z ,, Listy do M." to nie czułabym, że są one już za ponad 2 tyg. Przydałoby się trochę śniegu. U mnie jeszcze go nie ma, a u was? Podzielcie się waszą świąteczną radością w komentarzach, a ja wam na do widzenia mówię:
Ho Ho Ho!
ps. Prawie zapomniałam wam podziękować za ponad 5000 wyświetleń i ponad 100 kom. Jesteście meeegaaaaa kochani! Już miałam wam to wczoraj powiedzieć, ale byłam w kinie na kosogłosie i moja reakcja była taka sama jak laury, wiecie, ta z tymi cyckami :P
wtorek, 2 grudnia 2014
Rozdział 19
-A co, chcesz jeszcze raz? Myślę, że dam jeszcze radę przed zawałem.
-Hola, hola. Trzymaj tego niewyżytego erotycznie konia na wodzy.-Ross zerwał się do pozycji siedzącej odwracając głowę w moją stronę, układając brwi tak, aby wyrażały jego zdumienie, przy czym lekko zaśmiał.
-Konia? Kochana schlebiasz mi.
-Nie ważne, powiedz mi lepiej którą mamy godzinę.- Poszperał chwilę po kieszeniach spodni, które leżały koło łóżka i spokojnie oznajmił.
-Równiutko 12:30.
-Ross, wstawaj! Rodzice na pewno nie śpią, więc mogą się skapnąć, że już od 04.00 nas nie ma!-Wypchnęłam go z łóżka i sama z niego wybiegłam, owinięta w ówcześnie przyszykowany koc, po drodze zbierając rzeczy, które nadawałyby się do ubrania. Pobiegłam do łazienki, gdzie wzięłam szybki prysznic, ubrałam się, uczesałam i wróciłam do blondyna, który męczył się zapinając koszulę.
-Pomóc?- Spytałam, mając nadzieję, że się zgodzi. Oby się zgodził! Oby się zgodził!
-Wiem, że robisz to tylko dlatego, bo pociąga cię moja sexowna klata, więc nie zabronię ci tej przyjemności.- HA! Wiedziałam, że mi ulegnie! Prędko dorwałam się do jego koszuli i powolnie zapinałam jej guziki, abym mogła jak najdłużej nacieszyć się widokiem jego rozbudowanych mięśni.
-Pamiętasz jak próbowałeś mnie obronić przed gwałtem publicznym?-Spytałam ni z gruchy, ni z pietruchy.
-I za każdym razem mi się to udawało.- Zawtórował dumny.
-Mniejsza z tym. A wiesz co właśnie zrobiłeś? Zgwałciłeś mnie. Dwa razy.- Uśmiechnęłam się sarkastycznie.
-Ale najpierw wyznałem ci miłość.- Oznajmił i pocałował mnie przelotnie.- Poza tym, nie wzbraniałaś się jakoś specjalnie.
-Uwierz mi nie miałam jak odepchnąć faceta, który regularnie ćwiczy na siłowni.
-Lau, widziałem cię w akcji i uwierz mi ciężko jest się odkleić od kobiety, która w jednej ręce potrafi utrzymać 2 pary spodni, 3 topy i 1 sukienkę i kubek kawy, a w drugiej 5 par butów.- Mimowolnie się zaśmiałam. Faktycznie miał rację, aczkolwiek lekko wyolbrzymiał. Poklepałam go po ramieniu dając mu znak, że już skończyłam i pociągnęłam go za sobą na korytarz w stronę sali, gdzie prawdopodobnie siedzieli już wszyscy spożywając obiad. Ross zatrzymał się tuż przed salą i zapytał:
-A mamy im mówić, że jesteśmy razem? (Tak wiem, że zdania nie zaczyna się od A :P- od aut.)
-A co im powiemy, gdy spytają się jak to się stało i gdzie byliście jak was nie było? Co im odpowiemy? A nic, po prostu kochaliśmy się całą noc?
-No fakt, że nie brzmi to najlepiej, zwłaszcza, że niektórzy z tego grona mają jeszcze staroświeckie poglądy. - Oznajmił smutno. myśląc o moich rodzicach.
-Może na razie zróbmy małą próbę, taką, żeby zobaczyć, czy nam się uda, jeśli tak to powiemy to wszystkim, co?
-Dobrze.- Zgodził się i zanim weszliśmy do sali puścił moją dłoń.
-Nie możliwe, nasza Raura raczyła zjeść z nami obiad! Jesteśmy zaszczyceni!- Oznajmił Ell wskazując nam na wolne miejsca przy stole.
-I jak, łóżko jeszcze w całości?- Zaśmiał się jak koń, Rocky, na co nasi rodzice zadławili się wodą, którą pili.
-Rocky... Nie. -Oznajmiłam oschle.- O to lepiej trzeba się spytać naszych ekspertów, prawda Riker?- Spytałam sarkastycznie, na co Vanessa wraz ze swoim mężem wypluła całą wodę, którą mieli w aparacie gębowym. No ładne pornole się tu rozgrywają.
-Rydel ty się nie śmiej, bo też jesteś w tą sprawę wmieszana.- Zawtórował Ross.- Rocky, a ty już się lepiej nie odzywaj, bo w całym hotelu było cię słychać.- Mężczyzna zwiesił głowę wraz ze swoją żoną. Było tak cicho, że można było usłyszeć bzyczenie muchy i ciche burknięcie Stormie.
-No fakt.- Przyznała.
-----------------------------------------------------------------------------
BYE
niedziela, 23 listopada 2014
Everybody listen to me!
Słuchajcie narody!
Jutro na czas polski o godz. 18.00
wraz z Anią organizujemy spam na tweeterze pt. #ThanksForGreatSeasionOfAustinAndAlly
Ludzie prosimy o waszą pomóc w tej akcji. Chcemy przeprosić Twórców i Aktorów za te spoilery, które wyciekły do internetu (które były zajedwabiste, wiem, bo uległam pokusie oglądania tego) oraz chcemy podziękować za wspaniały serial i trud włożony w jego przygotowanie. Także do roboty ludzie musimy być w światowych trendach! ;-)
piątek, 21 listopada 2014
Rozdział 18
Cała uroczystość miała odbyć się już jutro co powodowało, że przyszli małżonkowie nie wiedzieli w co najpierw ręce włożyć, jednak mimo tego praca szła im sprawnie i bez żadnych komplikacji. Gdy już wszystko było już PRAWIE gotowe, 2/6 grona świadków udała się na spacer, nad którym czuwał "opiekun grupy", czyli Ross, który postanowił zabrać Laurę do znajomego im oboje miejsca.
-I jesteśmy!- Oznajmił entuzjastycznie i zdjął dłoń z powiek brunetki. Dziewczyna chwilowo oniemiała z wrażenia. Tyle wspomnień na raz. To tutaj, gdy przyjeżdżała z klanem Lynchów do jej dziadków przychodzili się bawić, zapychać lodami i robić inne rzeczy podobne do tych wcześniej wymienionych.
Dziewczyna uważnie śledziła wzrokiem każdy szczegół, który od lat pozostawał niezmienny. Trawa, tak na oko, jak zawsze równiutko przycięta, drzewa, z których pojedynczo spadały złoto- pomarańczowe liście, ławeczka, na której zawsze przysiadali jej dziadkowie, żeby pilnować rozszalałych dzieciaków, którzy bawili się, skacząc po ludzkich kościach. Oczywiście, nie dosłownie. Plac był wyłożony płytami o wysokości ok. 0,5 w kształcie ludzkiego szkieletu, po którym biegały dzieci.
Ross zgarnął przyjaciółkę pod ramię i zaprowadził na ławkę, gdzie rozsiedli się oglądając to co się dzieje wokół nich.
-Odkąd się tu wprowadziłem, codziennie przychodziłem tutaj i zajadałem się lodami z tamtej budki.- Powiedział jakby czytał jej w myślach wskazując palcem na przyczepę, w której starszy już mężczyzna z uśmiechem na twarzy podawał maluchom lody, mimo zakazu ich rodziców.
-Pamiętałeś jak tu dojść?- spytała nie skrywając swojego uśmiechu.
-Phi, bezproblemowo mi to poszło.- Westchnął lekko oburzony.
-Yhym...
-No dobrze, może spytałem się jak tutaj dojść.- Odparł, po czym zaśmiał się lekko, tak jakby tylko miał zamiar wypuścić resztki powietrza z płuc i pokazać swoje białe ząbki. Laura zaśmiała się razem z nim i odwróciła głowę w stronę placu nie odpowiadając nic.
-O czym myślisz?- Szepnął jej do ucha, zdając sobie sprawę, że może nie otrzymać odpowiedzi. Ona nadal wpatrując się w przestrzeń, siorbnęła wcześniej przygotowanej przez niego herbaty i odpowiedziała:
-O marzeniach. Tych co kiedyś miałam i tych co teraz mam. Myślę o tym jak się zmieniły.
-Ah, tak. To może podzieliłabyś się twoimi marzeniami, a ja osądzę, czy są one wykonalne, hmmm?
-Nie ma o czym mówić, same głupoty.
-Nie ma głupich marzeń.- Położył dłoń na jej udzie.- Chociaż... Znam jedno. Rocky chciał zapładniać storczyka.
-Nawet to zrobił.
-Proszę, już prawie wymazałem to z pamięci.- Spojrzał na nią z politowaniem wymalowanymy na twarzy.- Tooo... Jak bardzo zmieniły się twoje marzenia.- Brunetka głośno westchnęła zastanawiając się, czy jest na tyle silna, aby znieść obelgi Rossa
-Kiedyś mają największą miłością była miłość do mojej przytulanki, a teraz marzę o prawdziwej miłości. Kiedyś chciałam sypać kwatki na ślubie, a teraz chce, żeby to mi sypano kwiatki. Kiedyś marzyłam, żeby zawsze być dzieckiem, teraz marzę, aby mieć własne dzieci. - Spojrzała w oczy Rossa, który spoglądał na nią jak zahipnotyzowany.
-To kiedy mi powiesz jakie są te twoje głupie marzenia?- Spytał, czym sprawił, że Laura prawie oniemiała. Nie wiedziała, czy jest tak niedorozwinięty umysłowo, że nie zrozumiał, czy po prostu próbuje sobie zrobić z niej bekę.
-T....To są te marzenia.- Odparła niepewnie skrywając swoją twarz za zasłoną z włosów, które blondyn od razu przełożył za ucho i przykucnął przed nią tak, aby móc znów spojrzeć w jej oczy, które były skupione na oglądaniu swoich nieco już przybrudzonych, białych conversów.
-A myślisz, że o czym marzę po nocach. Marzę, o pocałunkach w strugach deszczu i o tym, żeby zaczęło padać. Marzę o tym, żeby mieć swój własny, jak ty to mówisz? Aha ,, klan Lynchów ''. I czy ty mi powiesz, że to są głupie marzenia?
-Wiesz, to one odzwierciedlają duszę człowieka.-Zaśmiali się oboje.
-Zdrowie młodych par!- Wzniósł toast lekko już podpity wujek Dave. Wszyscy zawtórowałi mu wznosząc kieliszki do góry i wypijając całą ich zawartość jednym duszkiem. Zabawa trwała w najlepsze, cała sala tańczyła,rozmawiała, śmiała się, po prostu bawili się znakomicie, ale to był tak zwany skutek uboczny zbyt dużego promilu alkoholu we krwi.
-Odbijamy.- Oznajmił Zayn i zabrał się za taniec ze mną. Ross jak widać niechętnie odstąpił mu mnie, ponieważ już pół nocy przetańczył ze mną, więc czemu nie miałby robić tego w ciągu drugiej połowy nocy,ale zrobił to mając cały czas na nas oko. Z szatynem miło spędziłam czas na kilku tańcach oraz wyszłam wraz z nim przed salę, gdzie miał zamiar zapalić papierosa. Osobiście nie lubiłam przebywać w towarzystwie osób palących, ponieważ twierdzę, że niszczą sobie nimi życie, ale po tym jak parę razy mnie namawiał to zgodziłam się dotrzymać mu towarzystwa.
-Pięknie dziś wyglądasz.
-Dziękuję, Perrie również.
-A co tam Perrie ja wolę brunetki takie jak ty.- Zdziwiło ją jego postępowanie, ale nie tak bardzo jak to co się stało później. Jak zwykle przyleciał Ross i co zrobił? Oczywiście przywalił mu w twarz. Rozwścieczona zostawiła szatyna, któremu sączyła się z nosa krew i pociągnęła Rossa w stronę pokoju.
-Czy możesz mi wytłumaczyć co to do cholery miało znaczyć?!
-Lau, po pierwsze nie podoba mi się to jak szanuje moją kuzynkę, a po drugie, on był nachlany, że aż nieżywy. Nie zauważyłaś jak cię rozbierał wzrokiem?!
-Więc to była okazja żeby mu przywalić?! Co w ciebie wstąpiło?!
-Może to, że się w tobie zakochałem!- Krzyknął jakby chciał mieć pewność, że brunetka go usłyszy. To zdanie sprawiło, że dziewczyna spuściła z tonu i oniemiała stała z wzrokiem wbitym w blondyna.- Tak cholernie się w tobie zakochałem! Nie mogłem jeść, nie mogłem normalnie funkcjonować, tylko dlatego, że myślałem o tym jak pięknie wyglądałabyś w białej sukni, przed ołtarzem z takim życiowym nieudacznikiem jak ja. Ahhhhh! Dlaczego musiałem ci to powiedzieć w taki sposób?! Nieważne... Jestem na siebie wściekły, że chce to zrobić, ale byłbym na siebie wściekły gdybym tego nie zrobił!- Jedną dłonią ujął jej policzek, po czym energicznie wpił jej się w usta, przyciskając do ściany. Laura na początku nie wiedziała co się dzieje, próbowała sobie wszystko poukładać w głowie, jednak długo się tym nie przejmowała i już po chwili odwzajemniała wszystkie namiętne pocałunki, którymi blondyn ją obdarowywał.
-Hej Delly, czemu Ross i Laura siedzą w pokoju zamiast się bawić?- Spytał jej małżonek widząc jak blondynka stoi pod drzwiami podsłuchując ich całą rozmowę.
-Wiesz... Muszą sobie to i owo wytłumaczyć.-Oznajmiła i pociągnęła Ella w stronę sali.
Dziewczyna delikatnie poluzowała wiązanie czarnego, wąskiego krawatu, dając znak o co gra się toczy. Kolejne części odzieży opadały na podłogę niczym krople deszczu, które właśnie uderzały o parapet. Nie liczyło się dla nich nic, to że ich rodzice mogą zauważyć, że zniknęli, to że nie zakluczyli drzwi i w każdej chwili ktoś może wejść do ich pokoju i ich przyłapać na gorącym uczynku. Rozumieli się bez słów i woleli, żeby tak zostało. Po tym jak para kochanków uznała, że stanie pod ścianą jest już niewygodne, nie przerywając pocałunku, w samej bieliźnie przeniosła się na łóżko, gdzie mieli kontynuować całe te zajście.
Oboje leżeli częściowo okryci zmierzwioną pościelą, która zakrywała ich "kluczowe miejsca". Przez duże okno szeroko przedostawały się promienie słoneczne, które lekko raziły ich w oczy, lecz nie przejmowali się tym za bardzo, aby nie przerywać tej chwili. Laura leżała na boku mocno wtulona w tors blondyna, gdy ten obejmował ją, jego silnym ramieniem. Mogliby tak leżeć wieczność, ale Laura zdała sobie z czegoś sprawę i owijając się kocem leżącym koło łóżka, wstała z niego, ale wcześniej Ross zdążył złapać ja za rękę i zatrzymać.
-Gdzie idziesz?
-Było miło, ale to był impuls, ty wypiłeś dużo alkoholu, byłeś zdenerwowany, a to całe zdarzenie nie powinno mieć w ogóle miejsca.
-A kto powiedział, że wypiłem w ogóle jakiś alkohol?- Powiedział uwodzicielskim głosem i pociągnął ją spowrotem do łóżka, gdzie obdarował ją licznymi pocałunkami.
-----------------------------------------------------------------------------------------
O gosh! Skończyłam i się z tego cieszę. Tak bardzo czekałam na ten rozdział, a i tak go spieprzyłam. W moich myślach wyglądał on lepiej ( :P ), ten rozdział praktycznie miałam w głowie już jak założyłam tego bloga i wiedziałam, że za wszelką cenę muszę go napisać! Piszcie w komentarzach, czy wam się podoba i czy chcielibyście, żeby Ross i Laura ukrywali swój związek, czy nie :D
BYE, BYE!
środa, 19 listopada 2014
Piszemy :)
Jak widzicie nie próżnuję, rozdział 18 jest w toku pisania. Tak, wiem, że nie pisałam ponad tydzień, ale mam wytłumaczenie :) Weny brak, w poniedziałek internetu brak, a we wtorek czasu brak :P
niedziela, 9 listopada 2014
Rozdział 17
-Czorno, chcesz być ciężarno?- Na co Ellington wlewając w siebie kolejny kieliszek alkoholu odpowiadał do Rydel:
-A Blondyna chce mieć syna!- Najbardziej bałam się momentu, w którym zobaczę siebie i Ross'a... O nie...
-Moja ciocia z Ameryki ma samochód bardzo dziki, jeździ nim jak na krowie i udaje pogotowie. Moja babcia jest kucharką, robi kluski betoniarką, a mój dziadek jest górnikiem kopie węgiel pod śmietnikiem!- (Proszę o nie kopiowanie powyższego tekstu, gdyż jest on dziełem autorskim moim i mojego kochanego kuzyna, więc bylibyśmy szczęśliwi, gdyby nikt poza naszą zgodą nie używał tej piosenki, dziękujemy- od aut.)- Śpiewałam (wydzierałam się przekrzykując wszystkich) do melodii ,,Cztery razy po dwa razy" ujeżdżając na plecach Ross'a, który chwiejnym krokiem przeciskał się między meblami, a pół żywymi ludźmi, których zapewne kac zabije na następny dzien. Tak... To zupełnie zmieniało mój pogląd na niektórych ludzi, szczególnie na siebie.
Wszyscy, którzy obejrzeli to nagranie chowali swoje twarze w dłoniach próbując ukryć zażenowanie, które z każdą chwilą ukazywało się w postaci palącej suszy w gardle oraz natrętnego bólu głowy, który próbowano zwalczać zatapiając swoje zasuszone wargi w wodzie zmieszanej z calcium. Dopiero po dość długim czasie spędzonym na spoczywaniu na chłodzącej w plecy, dębowej podłodze z okładem na czole, odurzenie poalkoholowe zaczęło ustępować. Powoli... Wraz z mijającym kacem także mijało zażenowanie powiązane z felernym nagraniem, które teraz zdawało się być bardziej komedią, niż torturą charakterem podobną do odbierania porodu u świnki morskiej.
-Nigdy więcej nie zostawimy was samych w nocy z kluczem do barku.- Oznajmiła Stormie krzyżując ręce na piersi, na co nasz klub AA głośno stęknął potwierdzająco. Za nią do domu po kolei weszli: Mark wraz z Casperem i Josephem oraz moi rodzice?
-Mama,tata? A co wy tutaj robicie?- Spytałam próbując odwrócić ich uwagę od tego całego majdanu.
-Przyjechaliśmy, ponieważ nasza córka bierze ślub, więc chyba logiczne, że przyjechaliśmy do niej na wesele.
-Mamo, spokojnie, przecież ja z Rossem to tylko na niby...
-Idiotko, ona mówiła o mnie.- Westchnęła Vanessa widocznie zdegustowana moją głupotą.
-Mamo, mamo! Patrz znalazłem balonik!- Rozradował się Joe podchodząc do tajemniczego obiektu.
-Nie!- Krzyknęli wszyscy na co brunet widocznie się przestraszył i pobiegł w objęcia swojej babci.
-Możecie mi powiedzieć co to coś tu robi?
-Jakby to ująć? Rocky zapładniał roślinę...- Ross ujął to w tak mądry sposób, że wszyscy mogli wyczytać z jego wypowiedzi to ile wczoraj wypił.- Płciowo zapładniał roślinkę, ale i tak wiemy, że ten związek nie przetrwa.
-Dlaczego?!- Zaprotestował wcześniej wymieniony 100% mężczyzna.
-Bo storczyk to rodzaj męski, a z tego co wiem z nieprzespanych lekcji biologii: Komórka męska musi połączyć się z żeńską komórką. Musiałbyś być Conchitą Wurst żebyś mógł zostać ojcem po raz drugi.
-Ellen nie narzeka na moją męskość, prawda kochanie?- Ta nie odpowiedziała na pytanie ówcześnie zadane przez jej męża, gdyż nie chciała jeszcze bardziej kompromitować się przed swoimi teściami oraz zupełnie nie znanymi osobami.
-Kochanie możesz mi powiedzieć co jest między tobą, a Rossem?- Spytał moja mama, widząc, że spokojnie już samodzielnie mogę wypowiadać bardziej złożone zdania niż ,,TAK" lub ,,NIE".
-Spokojnie mamo to nic poważnego, po prostu próbujemy wrócić do dawnych relacji, dawnej przyjaźni, która nas łączyła, tyle że teraz jesteśmy już dorośli i takie sprawy inaczej załatwiamy niż w piaskownicy bijąc się połamanymi częściami łopatek i foremek do piasku.- Na samą myśl wzdrygnęłam się roześmiana próbując nie zwymiotować na widok dezynfekcji przez braci Lynch pechowego storczyka.
-Jasne...- Powiedziała klepiąc mnie po ramieniu i po chwili zniknęła gdzieś w kuchni rozmawiając z mamą Lynch o przepisie na murzynka.
-Tak wiem mamo, sama w to nie wierzę...- szepnęłam do siebie.
--------------------------------------------------------------------
Wy nawet nie wiecie jaki przypływ weny naszedł na mnie o 23, podczas tego gdy moi dziadkowie szaleli na ulicy śpiewając ,,Hej sokoły" i budząc wszystkich sąsiadów po ciszy nocnej. A ja stałam za nimi ubrana w piżamę (chora jestem, ból gardła sprawił, że gadam zachrypniętym głosem dwie oktawy niżej niż normalnie) i próbując ich uspokoić, niestety na marne. Nevermind. Mam nadzieję, że rozdział wam się podoba, w takim razie komentujcie, a ja spadam!
Ciao!
sobota, 8 listopada 2014
Rozdział 16
Laura
Reszta koncertu minęła mi wyśmienicie. Każdy bawił się wspaniale i nikt nie mógł uwierzyć, że to koniec koncertu. R5 pożegnało fanów ostatni raz, po rozdaniu autografów i zebraliśmy się w garderobie.
-Było czadowo!- krzyknął Ellington i przybił "piątkę" z Rockym
-Koncerty zawsze są super, gdy są w gronie przyjaciół.- rzekł bardzo mądrze Riker, a wszyscy się z nim zgodzili
-Dobra, to co teraz robimy?- zapytał Ross
-Co powiecie na pub?- zaproponowała Van
Już po kilkunastu minutach siedzieliśmy przy stoliku i piliśmy drinki. Niektórzy zamówili mocniejsze, czyli chłopcy, a my z dziewczynami słabsze.
-Chodźcie tańczyć.- rzucił Ellington i pociągnął Delly na parkiet
Razem z nami było jeszcze kilka znajomych Lynchów, więc każdy miał z kim tańczyć. Ja oczywiście zostałam porwana przez Ross'a. Świetnie się nam bawiło.
-Zapytam po raz drugi. Wyjdziesz za mnie? Tańczysz bosko.- usłyszałam głos blondyna, tuż przy moim uchu
-Ha ha.- zaśmiałam się
-W końcu jesteśmy zaręczeni.- kontynuował dość żartobliwie
-Ta.- odrzekłam, a na myśl o wydarzeniach z tamtego wieczoru uśmiechnęłam, a zaraz posmutniałam i wtuliłam się w klatkę piersiową chłopaka
-Sory, nie chciałem.- powiedział z troską i mocniej mnie objął
-Jest okay. Idziemy po coś mocniejszego?- zmieniłam temat i oderwałam się od niego
-Tak.- odparł i poszliśmy zamówić wspomniany napój
Za barem stał przystojny brunet, który szeroko uśmiechnął się na mój widok, co nie spodobało się mojemu "narzeczonemu"
Pomimo to odwzajemniłam gest i złożyłam zamówienie.
-Dwa razy Ognisty Sok.- rzekłam i usiadłam na obrotowy krześle razem z Rossem, co chwilę spoglądając na przystojnego barmana
-Proszę.- powiedział i podał nam drinki
-Dzięki.- rzekłam, a kiedy blondyn zapłacił poszliśmy do stolika
-Co tak patrzyłaś się na tego chłopaka, hę?- zapytał Ross i zmarszczył czoło
-A co to za pytania?- odpowiedziałam pytaniem i również uniosłam brwi, a on oniemiał
-Jesteś zazdrosny?- zadałam kolejne pytanie
-Rossy jest zazdrosny, Rossy jest zazdrosny.- powtarzałem te słowa jak mała dziewczynka, która kłóciła się o lizaka
-Nieee.- odpowiedział, a ja przysunęłam się bliżej niego i położyłam mu rękę na kolanie
-Na pewno?- poczułam jego zdezorientowanie
-Ja... Jaa...- za jąkał się i wybuchłam śmiechem
-Przecież żartowałam.- wyjaśniłam mu i lekko odsunęła się, zabierają rękę z jego nogi
-Ach...- zaśmiał się i wziął łyk "soku"
Kiedy wypiliśmy swoje drinki, poszliśmy ponownie na parkiet. Tym razem tańczyliśmy trochę odważniej. Myślę, że to za sprawą alkoholu. W pewnym momencie jakiś chłopak chciał mnie odbić Rossowi. On jednak odgonił go i dalej tańczył ze mną. Zmęczeni usiedliśmy ponownie za stolikiem z drinkami w towarzystwie przyjaciół.
-Raura nareszcie wróciła.- zaśmiał się Riker
-Zazdrościsz?- odezwał się mój "narzeczony", a najstarszy ucichł i pozostali wybuchli śmiechem
Kilkadziesiąt minut później wracaliśmy do bazy, czyli domu Lynchów. Każdmu udzielał się procent, więc było dość zabawnie. W takim nastroju doszliśmy do domu. Co się działo dalej nie pamiętam, ale czuję, że było zarąbiście!
***
Następnego dnia obudziłam się z okropnym bólem głowy. Od razu rozpoznałam, że to pokój Rydel. Dlatego też nie martwię się, co robiłam wczoraj. Zastanawiał mnie tylko fakt, dlaczego mam na palcu pierścionek Ross'a.
-O wstałaś już. Na biurku masz wodę i aspirynę. Ja będziesz gotowa chodź na dół.- rzekła Ryd i wyrwała mnie z zamyśleń
Za nim zdążyłam cokolwiek powiedzieć blondynka wyszła. Wstałam wzięłam tabletkę i poszłam wziąć szybki prysznic.
Ogarnięta zeszłam na dół, do kuchni.
-Hej!- przywitałam wszystkich i usiadła, uprzednio nalewając sobie kawy
-Cześć Lau!- odpowiedzieli chórkiem, na co szeroko się uśmiechnęłam
Reszta śniadania minęła mi bardzo miło. Wszyscy wspominali wczorajszą noc. Nawet nie wiedziałam, że filmik, który nagrała znajoma Rocky'ego tak wpłynie na mój obraz postrzegania niektórych osób...
czwartek, 30 października 2014
Konkurs + Jedno z ważniejszych pytań mojego życia.
A teraz druga część posta:
Kooooooooonkursik!
Konkurs polega na tym, że ci co chcą piszą rozdział 16 i wysyłają mi na e-maila: aiquenn@gmail.com
Najlepsze prace nagrodzę, np. Promowanie waszego bloga na moim przez kilka rozdziałów lub jeśli macie jakieś lepsze propozycje na nagrodę to piszcie w komentarzach lub pod rozdziałem, który mi wyślecie. Macie czas góra do środy! :) Good Luck!
Rozdział 15
Zawstydzona wydobyłam z mojego gardła pisk, który postawił mojego Romea na równe nogi.
-Spokojnie kochanie ja się tym zajmę!
- Powiedział podciągając swoje bokserki do góry tak, że widocznie wrzynały mu się w pewne miejsce i dopiero, gdy spojrzał przed siebie pisnął poprawiając swoje jedyne okrycie tak samo jak ja.
-Jaki wy przykład dzieciom dajecie? Tak bez ślubu...- Stwierdziła Vanessa zakrywając dłonią oczy Joemu.
-Co?
-To zdjęcie, gdy wrzucimy je na oficjalnego instagrama zespołu zrobi niemałą furorę.
-Nie waż się.
-Upssss... Za późno, bo już to zrobiłem.- Oboje dolecieliśmy do jego telefonu i zaczęliśmy czytać wszystkie komentarze, które znajdowały się pod zdjęciem, a z każdą chwilą przybywało ich coraz więcej.
-Raura! Raura! Raura!- Zaczęły szeptać wszystkie zebrane w tym pokoju dziewczyny, co zawstydziło mnie bardziej niż to, że Ross spał ze mną w samych bokserkach.
-Dobra dajcie już im spokój!- Uspokoiła ich Stormie -jedyna porządna kobieta w tym pomieszczeniu.-Jakie plany na dziś?- Spytała, na co Rydel wyciągnęła z swojej torebki mały, różowy kalendarz. Za bardzo nie zastanawiałam się nad tym co ona mówiła, bo większość mojego mózgu zaczęło transferować tego jak ona szybko znalazła ten kalendarzyk w torebce. Do przeciętnej kobiety dzwoni się dwa razy: raz, żeby znalazła telefon w torebce, a drugi, żeby odebrała. Logiczna filozofia. Z tego co widzę, Rydel nie jest przeciętna. Wracając, jedyne co usłyszałam to, to, że dzisiaj grają koncert na plaży, zupełnie tak samo jak ostatnio, a to tylko z tego powodu, że dzisiaj mają zagrać dla jakiejś fundacji pomagającej chorym dzieciom. Oznajmili, że wszyscy zabierają się z nimi i wtedy każdy poszedł w swoją stronę.
Jakiś czas później...
-Van, no kurde powiesz mi w końcu co mam ubrać?!-Krzyczałam modląc się pod szafą i oczekując aż siostra wreszcie ogarnie dupę i raczy ją przywlec do mojego pokoju.
-Może coś czego nigdy nie założyłaś, może być coś ładnego...- Dzięki, jak zwykle pomocna siostro! Normalnie, rodząc się dziękowałam Bogu, że urodziłam się w tej patoli, a nie innej.
-Mówisz o sobie?
-Oj zamknij japę!-Dobra, co tu ubrać? Wybrałam byle co z mojej szafy, czyli czarny kardigan, białą koszulę, a do tego jeansowe shorty i conversy. Ubiór praktyczny i wygodny. Można go szybko ściągnąć na kacu lub wyłożyć się w krzakach ubrana w niego, wiedząc, że będzie ci się w nim dobrze spać. Moje włosy zwinęłam w koka, który aż krzyczał, że artystyczny nieład jest teraz w modzie i wyszłam z domu po drodze zabierając ze sobą tą ciemną małpę i jej syna.
Koncert mijał bardzo spokojnie... Nie, nie spokojnie, chodziło, że żadnych zamieszek nie było. Ludzie się jak zwykle świetnie bawili na ich koncercie. Krzyczeli, tańczyli lub, jak w przypadku piosenki One Last Dance, wsłuchiwali się z uwagą, wspominali i kołysali się w jej rytm. Niektórym nawet łezka w oku się zakręciła. Magia tej piosenki była niezmienna od lat.
-Chcecie Raury?- Przekrzyczał Riker tłum fanów skandujący sklejone ze sobą imię Rossa i moje.- To macie! Laura, na scenę! No już!- Poganiał mnie blondyn. W tym samym momencie Van, mimo mojego protestu, zaczęła wypychać mnie prosto na scenę. Posłałam jej subtelne spojrzenie o treści "w domu potnę cię mydłem i naćpam meliską" i powolnie sunęłam na środek sceny.
-Widzicie tą panią? To Laura. Ta pani dzisiaj zaprezentuje nam piosenkę pod tytułem...- Przedstawił mnie i przysunął mikrofon bliżej mojej twarzy na co ja zaczęłam go odpychać.
-Nie było mowy o żadnym śpiewaniu!- Lynch przysunął się do mnie i szepnął:
-Na telefonie mam więcej zdjęć z dzisiejszego poranka, które w tej chwili mogą pojawić się na twitterze.
-Gdzie ten mikrofon?- Otrzymałam wcześniej wspomniany przedmiot i oznajmiłam- Zaśpiewam piosenkę Try- P!nk. Orkiestra Grać!- Złapałam statyw w obie dłonie, aby móc swobodnie nim poruszać i zaczęłam swój występ.
wtorek, 21 października 2014
Miał być rozdział...
Jak widzieliście wczoraj dodałam spoiler, z którego nie wszyscy mogli się doczytać. Między innymi o to mi chodziło ;-) To zdjęcie miało pokazać, że pracuje nad rozdziałem już po jego dodaniu, dzisiaj nawet miałam go napisać, ale jak widzicie na zdjęciu były nieco ważniejsze sprawy :-P Może uda mi się go jutro napisać, kto wie...
poniedziałek, 20 października 2014
#Spoiler
niedziela, 19 października 2014
Rozdział 13
-Było mnie obudzić wcześniej!- Wysepleniłam trzymając mój język poza jamą ustna.
-Było się obudzić wcześniej!- Też racja. Obudziłam się 20 minut wcześniej, a za 5 ma po mnie przyjechać Ross. Dwa dni temu otrzymaliśmy zaproszenie na spotkanie klasowe. Tak... Po tylu latach spotkać się ze starymi przyjaciółmi z podstawówki i powspominać stare, dobre czasy... Bezcenne.
Podobnie jak czas, który tak szybko zapierdziela, on nie jest bezcenny, on po prostu jest bezczelny!
Pozostało 3...2...1... Ding, Dong. Boże kiedyś jak trafi mi się na to okazja zabiję cię za to, że stworzyłeś go tak punktualnego!
-Wujek!- Krzyknął mały wbijając się w objęcia blondyna, który ubrany w popielatą, dopasowaną do jego torsu koszule, czarny krawat, czarne rurki, czarne lakierki za kostkę i trzymając marynarkę w dłoni oczekiwał mnie w kuchni, a ja? Biegałam w białej, zwiewnej sukience po całym domu jak oszalała szukając moich butów, bo przecież bez nich nie wyjdę, aż w końcu je znalazłam i zbiegłam ze schodów. Pierwszy raz odkąd tu mieszkam potykając się o własne nogi wpadłam prosto w ramiona Rossa, który od dziś został mianowanym moim osobistym ochroniarzem. Przy nim można się czuć bezpiecznie, chyba, że śpi się z nim w jednym łóżku. Wtedy możesz mieć przerąbane.
-I weź tu pozwól jej wyjść gdzieś samej, jak ona o własne nogi się potyka!- Oznajmiła Vanessa śmiejąc się jak niepełnosprytna.
-Rozumiem, że to w odwecie za to, że kiedyś zrzuciłeś mnie z kanapy?
-Można tak powiedzieć.- Uśmiechnął się lekko, ale wystarczająco, by to zauważyć i odwzajemnić.- Dobra jedziemy, bo przed nami kawał drogi.- Powiedział i postawił mnie na równe nogi.
-Van jak wrócę dom ma być w jednym kawałku.
-Tak jest kapitanie!
-Pa, mały!- Przykucnęłam przed Joe'm, dałam mu całusa w policzek i wyszłam z domu prosto do samochodu.
---------------------------------------------------------------------------------------------
-Szczęśliwa?
-Raczej przerażona.
-Niby czym?
-W sumie to nie wiem, może jakiegoś upokorzenia?
-Damy radę. Na 3...2...1...- Otworzyliśmy duże drewniane drzwi i weszliśmy do pięknie przystrojonej sali, gdzie się wszystko odbywało. Najbardziej uwagę przykuwała duża scena, a przed nią 5 okrągłych stołów, przy których siedziały same znane twarze, a szczególnie przy jednym, gdzie znajdowała się cała nasza stara paczka, która kiwała nam jakby od tego miało zależeć całe ich życie. Z uśmiechami wymalowanymi na twarzach przysiedliśmy się do stolika.
-Jezu kochani jacy wy jesteście piękni!- Zachwyciła się Bella, gdy skanowałam wzrokiem każdego kto siedział razem z nami:
Raini- Moja druga najlepsza przyjaciółka zaraz po Rydel. Prawie nic się nie zmieniła oprócz tego, że jest wyższa i piękniejsza.
Bella- Ruda kumpela z klasy, idealna towarzyszka na dobrą imprezę. Wyszczuplała oraz rozjaśniła włosy.
Leo-Klasowy żartowniś, a za razem amant. Z brodą mu bardzo przystojnie.
Calum- Bosh, po co go tu przywiało?! Mój "ukochany" były. Dlaczego musiałam go tam spotkać?
Ross chyba zauważył moją dziwną reakcje na jego widok, bo złapał moją dłoń pod stołem i uśmiechnął się szczerze, przez co się lekko zarumieniłam. Teraz bardziej skupiłam się na rozmowie z Leo.
-No, z Bels jesteśmy już 2 lata po ślubie i spodziewamy się dziecka.
-Gratuluje! Który miesiąc?- spytałam ją lekko smętnym głosem, ale trzymając nadal, może trochę sztuczny uśmiech na twarzy. Ross jako jedyny wiedział czemu. Zawsze chciałam mieć takiego małego szkraba biegającego po całym domu, rozrzucającego zabawki po pokoju, które musiałabym zbierać i wołającego za mną: Mamo! Po tym jak pojawił się u nas w domu Joseph dbałam o niego jakby był to mój własny syn.
-Siódmy.
-A co z wami kochani? Jesteście już po ślubie?- Dociekliwa ta Raini. Co jej powiedzieć, co jej powiedzieć? Przecież nie powiem, że nie mam narzeczonego, bo siara, a jak widzę Rossowi tak samo plącze się język jak mi. Mam pomysł! Zaciągnęłam Rossa gdzieś w stronę toalet i zaproponowałam mu układ.
-Jak widzisz wszyscy są już zaręczeni, albo po ślubie. Dobrze, że jeszcze wnuków nie mają, ale to kwestia czasu. A co z nami? Wstyd mówić, że umawiasz się z kubełkiem lodów czekoladowych.
-Laura, czy ja o czymś nie wiem? Mam się martwić?- Odparł blondyn.
-Mam pomysł, słuchaj. Jako jedyni nie mamy pary, więc może byśmy tak zostali parą?
-Czy ty mi proponujesz chodzenie?
-Raczej małżeństwo.
-Czy ty mi się oświadczasz?
-Tylko na ten dzień, głupolu. Jakby co to jesteśmy zaręczeni, ale nie zdradzaj zbyt wielu szczegółów, ok?
-Oczywiście. Hmmm... Laura Lynch jak to pięknie brzmi.- Wymruczał pod nosem, złapał moją rękę i znów przysiedliśmy się do stołu.
-Przepraszam, że tyle to trwało, ale szukaliśmy łazienki.
-Spoko, z tego co widzę to Ross jest twoim chłopakiem?
-W zasadzie to on jest moim narzeczonym.- Oznajmiłam i pocałowałam go w policzek.
-To my chcemy być zaproszeni na ślub!- Odezwali się chórem, aby Calum siedział cały czas cicho i chwała mu za to!
-Ale w najbliższym czasie się nie odbędzie, ponieważ mamy dużo spraw związanych z filmem.
-Laura mogę cię prosić na słówko.- O nie, tylko nie on! Musiał się odezwać?! Calum stał nade mną z założonymi na klatce piersiowej dłoniami i wręcz prosił, żebym z nim poszła. Oczywiście, że byłam na nie, nawet Ross próbował mnie zatrzymać, ale w końcu uległam. Chciałam, żeby Ross szedł ze mną, ale Rudy powiedział, że nie potrzebuje ochroniarza i zaciągnął mnie na korytarz.
-Co ty odgrywasz za szopkę, co?
-O co ci chodzi?!
-Przecież to widać, że nawet razem nie jesteście.
-Niby czemu?
-Dlatego, że próbowaliście się wymigać od odpowiedzi.
-Musieliśmy ustalić to i owo, a tak poza tym to co cię to interesuje?
-To co nie pamiętasz jacy my byliśmy razem szczęśliwi?
-Szczęśliwi? Dobre! Chyba ty byłeś szczęśliwy mogąc mnie zdradzać z innymi pustymi lalami! Co, myślisz, że nie wiedziałam? Wszystkim mówiłam, że między nami było ok, nawet sama siebie oszukiwałam w głębi duszy. Wiesz co? To już koniec! Tolerowałam cię tyle czasu, a ty to zignorowałeś! To koniec!- Rudy złapał mnie mocno za nadgarstki i przyciskając do ściany wysyczał przez zęby.
-Nie będziesz mi mówić co mam robić! Wszystkie zaliczyłem, ciebie jeszcze nie i teraz mam zamiar to zrobić!
-Zostaw ją ty rudy pedofilu!- Krzyknął Ross i przywalił Worthiemu z pięści w twarz. Ten przez ogromną siłę blondyna upadł na ziemię wycierając sobie nos, z którego sączyła się krew.
-Z Lynchami się nie zadziera.- Powiedział spokojnie i obejmując mnie ramieniem zaprowadził spowrotem na salę.
-Oooo... Jesteście, to dobrze się składa. Poza tym, gdzie jest Calum?
-Eeeee.... Musiał wyjść pilnie, jego kot skoczył z balkonu i takie tam...
-Nie ważne. Chodźcie.
-Ale gdzie?
-Na scenę. No co? Myśleliście, że będziecie tylko gorzałę pili?
-W zasadzie to... Tak, ale o co w tym wszystkim chodzi?
-Dla każdego były wylosowane specjalne zadania, a dla was wypadło akurat to, więc bez gadania , idźcie już za kulisy tam macie przygotowane stroje i możecie zacząć śpiewać- Popędziła nas Selena wpychając nas na scenę. Oboje poszliśmy po nasze stroje, które już same za siebie mówiły co mamy śpiewać.
-Zróbmy to jak na planie.- Dobrze wiedziałam o co mu chodzi, więc długo się nie sprzeciwiałam. Wpiłam się w jego usta i odwzajemniałam każdy jego pocałunek. Nie wiedząc czemu bardzo mi się to podobało, a ten pocałunek nie sprawiał w ogóle wrażenia udawanego. Może udawanie wcale nie było udawaniem.
----------------------------------------------------------------------------------------------------
Ten rozdział to gunwo! Bywały sto razy lepsze, a ten jest dziadowski. No co poradzić... Miejmy tylko nadzieję, że następny rozdział będzie jeszcze lepszy. Ten post miał pojawić się wczoraj wieczorem, ale tak nie było i już mówię dlaczego. Na bloggerze ciągle wyskakiwał mi jakiś Error i gdy wreszcie udało mi się zacząć pisać moje powieki zrobiły się cięższe i opadły. Jednym słowem: zasnęłam. :)
Co jeszcze? Bardzo ucieszyła mnie duża ilość komentarzy pod poprzednim rozdziałem. Było ich aż 7,albo 8 dokładnie już nie pamiętam. Na dzisiejszą porę mamy ponad 2660 wyświetleń! Może uda mi się spełnić moje postanowienie noworoczne i do sylwestra nazbierać ponad 10.000, fajnie by było. Jak wam się podoba wygląd bloga? Bo na moje jest zaczepisty i jeśli macie do mnie jakieś pytania walcie śmiało, a ja lecę, bo jadę do babci :)
sobota, 18 października 2014
Prawdopodobne dialogi z 13
-No co? Myśleliście, że będziecie tylko gorzałę pili?
-Dobra zróbmy to jak na planie.
-Czasem udawanie wcale nie jest udawane.
-W zasadzie to on jest moim narzeczonym.
-Można pozazdrościć tak przystojnego męża.
-Ej, bo będę zazdrosna!
-Wiesz co? To już jest koniec! Tolerowałam cię tyle czasu, a ty to zignorowałeś!
-Zostaw ją rudy pedofilu!
-Hmmm... Laura Lynch jak to pięknie brzmi.
Mam szczerą nadzieje, że zaostrzyłam wam apetyt na (Raczej) dzisiejszy rozdział 13.. Teraz idę odkurzać my sweet home and powracam brać się za rozdział. Cześć!
piątek, 10 października 2014
Rozdział 12
-Znałem już twoją mamę mając mniej lat niż ty.- Pstryknął go w nos dla rozluźnienia sytuacji, co jednak przyniosło skutek odwrotny do zamierzonego. Joe zastawił gardę przed twarzą ewidentnie wzywając starszego od siebie o 22 lata mężczyznę na pojedynek. Ten najwyraźniej poważnie się przestraszył co rozbawiło wszystkich obecnych w pomieszczeniu.
-No pokaż na co cię stać!- Krzyknął mały co Riker uznał za najzwyklejszy żart, jednak gdy bardziej przyjrzał się wyrazie twarzy bruneta uznał, że musi poważnie zacząć bać się o swoje zdrowie fizyczne, jak i psychiczne.
-Mały ja dzieci nie biję.- Uspokoił Joego co wyraźnie poskutkowało, bo mały się trochę rozluźnił.
-Chociaż jakiś pożytek z ciebie jest. Jednak zanim uznam, że jesteś odpowiednim kandydatem dla mojej mamy muszę cię najpierw trochę przepytać.- Oznajmił, po czym zaczął szybko zadawać Lynchowi pytania, nad którymi nawet nie miał czasu się poważnie zastanowić.
-Lubisz małe zwierzątka?
-No,no...
-A pocałowałbyś swoją mamę?
-No,no...
-Czy zdarzyło ci się nie założyć majtek?
-No,no...
-A ile zarabiasz?
-Uuuuuu... Bez wątpienia jesteś synem Vanessy.- Poczochrał jego włosy, które od razu zaczął przekładać na swoje miejsce.
-Może będę też twoim, ale najpierw odpowiedz mi na jeszcze jedno pytanie, ok? Więc tak... Moja mama wiele razy płakała przez tego dupka...
-Joseph!- Poprawiła go jego rodzicielka zaniepokojona słownictwem swojego syna.
-Dobra, przez tego "tatusia", więc mam nadzieję, że ty nie zranisz mojej mamy. I tu pojawia się pytanie: Czy kochasz moją mamę?
-Najbardziej na świecie.
-Dobra, macie moje błogosławieństwo.- Odparł spokojnie, momentalnie zmieniając się z 40- letniego adwokata w 5- letniego uroczego chłopczyka, który rzucił się w objęcia blondyna.
-Tatuś!
Kilka dni później (nie ważne ile :*)
Dni spokojnie mijały na planie GNW, lecz przyszedł ten dzień, którego obawiali się główni bohaterowie tego przedsięwzięcia.
-Na miejsca i.... Akcja!- Krzyknął reżyser. W tym momencie zaczęliśmy robić to co do nas należne. Uśmiechnięci od ucha do ucha wraz z Rossem przeszliśmy przez drzwi pokoju hotelowego. Wszystko co było zapisane w scenariuszu próbowaliśmy odwzorować. Zaczęliśmy się namiętnie całować. Najpierw spokojnie, lecz potem poszliśmy na całość. Ross podciągnął mnie do góry i poniósł na łóżko, gdzie miała się toczyć cała akcja. Po chwili oboje leżeliśmy uśmiechając się do siebie między pocałunkami zrzucając z siebie kolejne warstwy ubrań.
-Kończy się tuż nad miejscem gdzie się kończy kolano i się lekko zwęża.
-Co?
-Moja noga. Chciałem żebyś była przygotowana.
-Gus... Weź się w garść.- Wtedy on próbował ściągnąć ze mnie moją bluzkę, ale niestety moja głowa w niej utknęła, jednak po chwili udało nam się ją wyciągnąć i wtedy oznajmiłam:
-Tak bardzo cię kocham Augustusie Waltersie.
-Ja ciebie też, Hazel Grace. Bardzo, bardzo mocno.- I dalej kręciliśmy tę scenę, która z każdym momentem stawała się mocniejsza.
Wracając do domu Ross nie odzywał się do mnie, ani przez sekundę. Uważnie jak nigdy wpatrywał się na to co się dzieje na drodze. Jego twarz sprawiała wrażenie poważnej, a za razem umartwionej.
Co poradzić? Jeśli chodzi o to co się 2 godziny temu to pragnę przypomnieć, że to czy zostaniemy aktorami było naszą wspólną decyzją. Mogliśmy uważnie przeczytać scenariusz zanim się na to wszystko zgodziliśmy. No cóż, co się stało to się nie odstanie. Przez to teraz jedziemy do domu jak stare małżeństwo, które nie dostało rozwodu. Ross zaciągnął hamulec ręczny co spowodowało, że skończyłam rozmawiać sama ze sobą. Siedzieliśmy w ciszy i skupieniu oczekując, aż któreś z nas wreszcie coś powie. Czekanie poszło na marne. Nie zastanawiając się długo dałam przyjacielowi całusa w policzek, rzuciłam krótkie ,,Cześć" i zwróciłam się w stronę domu.
NASTĘPNEGO DNIA
ROSS
-Ross otwieraj te cholerne drzwi, albo ci je wyważę!
Nawet nie ruszyłem się z miejsca, tylko leżałem na łóżku wpatrując się z ogromnym przejęciem w sufit. Niby taki biały sufit, ale w tej chwili skrywał przede mną zagadkę, którą pragnąłem jak najprędzej odkryć. Usłyszałem tylko huk, a drzwi opadły niczym ścięte drzewo na ściółkę leśną.
-Mówiłam.- Powiedziała spokojnie Rydel i przeszła przez próg oddzielający korytarz z moim pokojem.- Ross, co ty cholera robisz? Od wczorajszego popołudnia nie wychodzisz z pokoju, nie jesz, nie komunikujesz się, a do tego, o! Siedzisz w samych bokserkach.- Opieprzyła mnie siostra wskazując na moją goliznę, na co odpowiedziałem ospały.
-Swojego narzeczonego pewnie nie raz widziałaś bez nich.
-Bo mnie zaraz szlak trafi!
-Dobra!- Rydel przysiadła się do mnie i oboje wpatrywaliśmy się w siebie w ciszy.
-Ross , o co chodzi?- Spytała troskliwie poprawiając moje zmierzwione włosy. Z szafki nocnej wyciągnąłem scenariusz i rzuciłem jej na kolana.
-Strona 59.- Blondynka uważnie zaczęła czytać tekst i wszystkie didaskalia zapisane obok niego.
-W czym problem? Reżyser pewnie pozwolił wam być w bieliźnie, hmmm?
-No właśnie nie. Powiedział, że musimy lepiej wczuć się w rolę.
-Z jednej strony cię rozumiem, a z drugiej też nie rozumiem w czym problem? Jak byliście mali to nie raz kompaliście się razem.
-Tak, tylko wtedy nie szło odróżnić czy jest się chłopakiem czy dziewczyną. Teraz nie wiem jak jej spojrzeć w oczy.
-Normalnie- odpowiedziała jakby to było oczywiste.- Pomyśl sobie, że teraz już wiecie o sobie wszystko.
-Coś czuję, że wszystko to zdecydowanie za dużo.- Oznajmiłem i zacząłem brzdąkać na gitarze pojedyncze nuty, które powoli łączyły się w jedną pełną melodię. Rydel spojrzała na mnie z troską i wyszła z pokoju.- A wiesz w czym jest największy problem?- Zatrzymałem ją zanim wyszła.- Że mi się to podobało.
------------------------------------------------------------------------
Uhhhh! Jest Rozdział!
Wiem długo mi to zajęło, wiem I'm Sorry. Przepraszam te osoby, którym było przeze mnie smutno, wiem , że to małe wynagrodzenie ich męki, wiem, ale spokojnie celebrujmy rozdział! Co do scenki Rossa i Laury, jest nieciekawie opisana tylko dlatego, żeby zaostrzyć wam smaka na coś lepszego :))))) Co tu jeszcze powiedzieć?
Komentując=Motywujesz
sobota, 4 października 2014
Rozdział 11
-Wiesz w takich okolicznościach wypadałoby powiedzieć: Tak Rikusiu, jestem zaszczycona mogąc wyjść za ciebie.- Obnażył swój biały uśmiech co kobieta od razu odwzajemniła. Wreszcie nadeszła ta chwila, na którą czekała całe swoje nastoletnie życie. Nie raz pisała o nim w swoim czerwonym, imiennym pamiętniczku, pisała o tym, że on ubrany w czarny garnitur oczekuje jej przy ołtarzu, gdy ta w pięknej, białej sukni wędruje wraz ze swoim ojcem Damianem przez środek kościoła, aby móc powiedzieć blondynowi sakramentalne ,, TAK". Wiedziała, że przy nim spotka ją same szczęście, a jednak miała wątpliwości. Sama nie wiedziała dlaczego. Może dlatego, że jeden już jej obiecywał, a tak naprawdę zostawił ją samą z jego dzieckiem. Nie, Riker nie jest taki. Nie możesz tak myśleć!- Skarciła się w myślach.
-Może wytłumaczę ci co zrobić.- Powiedział wstając i zaczął śpiewać.( Nie zwracajcie uwagi na aktorów, chodzi o to jak on jej śpiewa :)- od aut.)
-Chyba nie pozostało mi nic innego oprócz powiedzenia, że się zgadzam.- Oznajmiła i lekko pocałowała swojego narzeczonego, gdy ten zakładał jej na palec jeden z jego pierścieni, które dostawał od fanów. Udało się. Spotkali się po tylu latach, a już 10 minut później oświadczył się jej.
Jak to nie jest przeznaczenie to zebry nie istnieją, a jak wiemy- zebry to pasiaste konie. xD Zakochani oderwali się i zetknięci ze sobą czołami uśmiechali się do siebie patrząc sobie głęboko w oczy.
-Obiecaj mi jedno.
-Co tylko zechcesz.
-Nigdy więcej nie zostawiaj mnie samego. Strasznie wtedy świruje.- Nie czekając a odpowiedz wpił się w jej usta ujmując dłonią jej policzek.
Laura
-Nie powiedziałam wam tylko dlatego, że nie pytaliście, jasne?- Krzyknęłam przedzierając się i uspakajając swoim głosem roztrzepanych Lynchów i Ratliffa. Wtedy do salonu weszli rozpromienieni jak nigdy, trzymając się za ręce Rik i Van.
-Mamy dla was dobre wieści.
-Co takiego mogło się stać? Pobieracie się czy co?- Spytał znużony Ross co całkiem zamurowało młodych narzeczonych. Wtedy w całym pokoju rozległa się cisza.
-Co...
-Wy...
-Pieprzycie?- Odparli po kolei mężczyźni, aby zdenerwowane Delly byłą w stanie wypowiedzieć bardziej rozbudowane zdanie.
-To ja na oświadczyny Ella czekałam 6 lat, a wam wystarczyło zwykłe 15 minut?!
-Było mi powiedzieć, że chciałaś, aby to było wcześniej.
-Miałam przyjść i powiedzieć: Hej możesz mi się oświadczyć, już, teraz, zaraz?
-Eeee...Tak!
-Dobra nie kłóćcie się!- Uspokoiła ich Vanessa. Teraz skierowała słowa do małego Joego, który wpatrywał się w tą dziecinadę z wymalowaną na twarzy głupotą.- Synku poznaj swojego tatę...
-------------------------------------------------------------
Po tygodniu wrażeń napisałam ten oto rozdział 11, który mam nadzieję, że się spodobał. Jak myślicie, jak zareagował na to mały Joe? Tego dowiecie się w następnym rozdziale. Co do komentarzy jestem mega zadowolona, że tyle ich przybywa, a co do blogów, które mi polecacie... Czytam je wszystkie, może nie zawsze zostawiam komentarz, bo zazwyczaj nie mam czasu, bo moja mama wygania mnie z łazienki (Łazienka to taka moja samotnia) i wtedy czar pryska. Jeśli macie jakieś pytania walicie śmiało.
Bye!
.png)