Po spędzonym czasie na posiłku i po dość bulwersującej dla niektórych rozmowie wszyscy udali się do swoich pokoi, aby móc spokojnie odpocząć. Natomiast ja z prośby Rossa udałam się wraz nim do jego ogrodu. Oboje usiedliśmy na drewnianej huśtawce znajdującej się tuż obok płotu oddzielającego ten dom z domem sąsiadów Hopkinsów. Dopiero teraz przyjrzałam się pięknu tego miejsca, na którym wyraźnie było widać działania silnej kobiecej ręki Stormie. Ukradkiem spoglądałam na niebo, które zachwycało całym swym wyglądem pokazując jak piękna może być letnia noc. Jedyne oświetlenie ciemności dawało multum porozrzucanych po niebie gwiazd i kilka solarów słonecznych poustawianych w różnych częściach ogrodu.
-Pięknie tu macie. - Powiedziałam ukazując tylko cząstkę swojego zachwytu. Chłopak uniósł konciki swoich ust formując je w prawie niewidoczny uśmiech, który zaraz znów zmienił się w przygaszoną minę.- Ross, co jest?- Spytałam zaniepokojona jego widocznym jak na obrazku słabym samopoczuciem. On nic nie odpowiedział na pytanie tylko spuścił głowę i odpychając się nogami od ziemi wprawiał huśtawkę w powolny ruch. -Wiesz, zawsze mogłeś mi powiedzieć wszystko. Do dzisiaj się nic nie zmieniło.- Blondyn westchnął głośno ukazując, że zrozumiał co mu właśnie powiedziałam i zabrał się za wyrzucenie z siebie wszystkich emocji, którymi chciał się podzielić.
-Dzisiaj mija 7 rocznica śmierci Rylanda. -Oznajmił nie wskazując, że ma w sobie jakieś emocje. Zupełnie jakby ze mną siedziało tylko cało wyssane z duszy. Nie odpowiadając nic typu: ,,Moje szczere kondolencje" w tej chwili nie miało to największego sensu, więc wsłuchiwałam się dalej w zdania wypływające z ust blondyna.- Dokładnie 7 lat temu jacyś zamachowcy wpadli do szkoły robiąc totalną rozróbę w całym budynku. Wraz z młodym uciekaliśmy ze szkoły nie zważając na nic co się dzieje. I to był błąd. Nie zauważyliśmy, że za nami biegnie dwóch takich typków, którzy byli szybsi od młodego, więc go dorwali, ułożyli na kolanach i przystawili pistolet do głowy i bezczelnie zamordowali.- Z jego na ten moment pustych oczu wyleciała jedna łza, która powoli spływała po jego lekko zarumienionym policzku.- Oni zamordowali go na moich oczach, umierał u mnie na rękach! Wiesz jak brzmiały jego ostatnie słowa? ,, No, to teraz ty jesteś najmłodszy z rodziny.". Oznajmił to z uśmiechem na ustach i w wtedy zamknął oczy.- Teraz to ja się totalnie rozryczałam. Chłopak przysunął swoją dłoń do mojego policzka lekko wahając się przy tym i zaczął ocierać z niego kilka słonych kropli.
-Ja... Prze... Przepraszam, nie wiedziałam.- Oznajmiłam słabym, łamiącym się w zdaniu głosem przy tym trzęsąc się trochę z zimna. Mimo, że było dzisiaj ciepło (całe 27 stopni.) to minimalnie wiał delikatny wiaterek, który oplótł nasze ciała.
-Zimno ci?- Spytał i nałożył na moje plecy miękki, bawełniany sweter, przez który od razu zrobiło mi się cieplej, lecz zaraz ściągnęłam go z siebie i oddałam Rossowi.
-Ja już będę wracać.- Powiedziałam i wstałam z huśtawki udając się w stronę wyjścia do momentu gdy poczułam na swojej dłoni przyjemne ciepło, które przeszyło mnie od stóp do głów. Odwróciłam się w "dawcę ciepła" i spojrzałam mu prosto w twarz. Już nie przypominał tego smutnego chłopaka, teraz jego twarz wystroiła się w zawadiacki uśmiech.
-Chyba nie myślisz, że puszczę cię samą?- Spytał i pociągnął mnie za rękę prosto do garażu. Chwila moment i już byliśmy w pomieszczeniu, w którym znajdowało się może z 6,7 aut. Uważnie przyglądałam się każdemu z nich aż wreszcie trafiłam na coś wyjątkowego. Był to czarny motocykl, o którym Ross marzył już za małego dzieciaka. Powolnie przeszłam wokoło niego przejeżdżając delikatnie palcami po jego skórzanym siedzeniu. - Pamiętasz? Obiecałem ci, że jak go sobie kupię to cię nim przewiozę, a jak wiesz ja zawsze dotrzymuję obietnicy.- Blondyn założył mi swoją czarną kurtkę i pomógł mi zapiąć kask. Wtedy on usiadł i momentalnie się się w niego wtuliłam co go bardzo rozśmieszyło i razem pomknęliśmy przez ekstrawagancko oświetlone ulice L.A. prosto do mojego domu.
----------------------------------------------------------------------------------------------
Ludzie moi drodzy... Zmartwychwstałam! Powstałam z popiołów jak feniks. Zapewne jest w nim dużo błędów z powodu dziadowskiej spacji mojej kuzynki, u której piszę ten rozdział, bo jestem na wakacjach.
Mam jednak dobre wieści! Doszły mnie słuchy, że w moim nowym domku założyli mi internet co ułatwi mi kontakt z rzeczywistością! Celebrate!
Całuski Aiquenn i goście :*
Super
OdpowiedzUsuń